Música y Revolución
poniedziałek, 14 listopada 2011
Absurdy 11 listopada
Wydarzenia 11 listopada wzbudziły burzę reakcji ze strony mediów i polityków. Nie mogłem uczestniczyć w blokadzie Marszu Niepodległości, ale miałem możliwość śledzenia informacji napływających z Warszawy na bieżąco, tak w mediach jak i w wiadomościach od uczestników. Zdecydowanie wolałbym uczestniczyć w blokadzie niż śledzić to jak była opisywana – bo skala absurdu w relacjach sprawiała, że nie wiadomo było czy to jeszcze zabawne, czy już tragiczne.

Już przed 11 listopada miała miejsce debata na temat tego kto, jak, z kim i gdzie powinien świętować rocznicę odzyskania niepodległości. I już w jej trakcie pojawiły się pierwsze sformułowania, które, choć efektowne, raczej zaciemniały obraz niż go rozjaśniały. W liście intelektualistów “przeciw marszom i blokadom” przeciwstawiono ONR “młodzieży z Leninem w jednej ręce i kamieniem z drugiej”. Pięknie, można się odciąć, potępić i zapomnieć. Tyle tylko, że o ile jedna strona porównania była prawdziwa – ONR był oficjalnym organizatorem Marszu Niepodległości – to druga jest tworem wyobraźni autorów. Bo na pewno nie obrazem uczestników Kolorowej Niepodległej i całego Porozumienia 11 Listopada.

Głównym absurdem medialnych relacji z Kolorowej Niepodległej i Marszu Niepodległości było uparte stawianie znaku równości między “zadymiarzami” z obu stron konfliktu, na co zwrócił uwagę Artur Domosławski. Warszawa była opanowana właśnie przez zadymiarzy, miało miejsce starcie radykałów. Na głównych polskich portalach informacyjnych jedyną informacją na temat tego kto wzniecał zamieszki było wspomnienie o “anarchistach” w kontekście porannych wydarzeń z Nowego Świata. Przemoc uczestników Marszu Niepodległości próbujących sforsować kordon policji przy Placu Konstytucji aby dostać się do Kolorowej Niepodległej, jak również ataki ich grup na blokadę ze strony ulicy Wilczej nie były przypisane żadnej ze stron ani żadnej ideologii, która by ją motywowała. To była po prostu przemoc. Oczywiście pozostawiało to pole do najprostszej interpretacji: starły się dwie siebie warte bojówki, psując narodowe święto. Tyle tylko, że nie ma to nic wspólnego z prawdą.

Absurdem drugim jest demonizowanie udziału w blokadzie niemal legendarnej już “niemieckiej antify”. Grę na antyniemieckich urazach prawicowe media rozkręcały już na kilka dni przed 11listopada. Jak wielka musiała być ich radość gdy pojawiły się informacje o zadymie z udziałem niemieckich antyfaszystów na Nowym Świecie? Tak wielka, że redaktor naczelny Rzeczpospolitej pokusił się aż o obwieszczenie narodzin “militarystycznej lewicy” w Polsce. Tymczasem okazuje się, że zatrzymani antyfaszyści dokonali rzeczywiście ogromnego aktu przemocy – jeden z nich splunął na historyczny mundur członka grupy rekonstrukcyjnej, po czym wywiązała się szarpanina. Czyn mało chwalebny – ale stawianie znaku równości między tym zdarzeniem, a regularną bitwą z policją jaką stoczyli uczestnicy Marszu Niepodległości, to kolejny – ogromny! - absurd.

Od bitwy z policją łatwo przejść do kolejnego absurdu. Zdecydowane odcięcie się od zadymiarzy ze strony organizatorów Marszu Niepodległości. Żale przewodniczącego Młodzieży Wszechpolskiej że “kibole przejęli marsz”. Wreszcie sugestie że winni wszelkiej przemocy są “prowokatorzy”. Marsz Niepodległości od początku opierał się na kibolach. To oni organizowali wyjazdy z różnych miast, to oni wywieszali na meczach transparenty zachęcające do udziału w Marszu. Jeśli ich obecność – i “aktywność” - była dla organizatorów Marszu niespodzianką, to trzeba bardzo nisko ocenić ich zdolności kojarzenia i analizowania faktów. A taka ocena chyba nie byłaby sprawiedliwa, biorąc pod uwagę jak sprawna była ich propaganda mająca na celu “odbruntanić” Marsz Niepodległości.

To niestety każe zastanowić się nad smutnym obliczem 11 listopada 2011. Okazuje się, że obecność ONR i Młodzieży Wszechpolskiej nie przeszkadza tysiącom ludzi którzy wzięli udział w Marszu. Ugrupowania, których nazwy powinny budzić zdecydowaną niechęć – o czym wiedzą, bo inaczej nie ukrywałyby się pod szyldem nieistniejącego stowarzyszenia – tej niechęci już nie budzą. Ich propaganda okazała się w dużej mierze skuteczna. Prawej stronie udało się ukryć swoje prawdziwe oblicze, a nam przypisać wizerunek zupełnie nie mający potwierdzenia w rzeczywistości. Choć to absurdalne, może nieść ze sobą wcale naprawdę poważne konsekwencje.
00:15, conejo_infernal
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 października 2011
Oburzeni przed 15 października

Ruch 15 Maja, zapoczątkowany tego dnia podczas protestów na madryckim placu Puerta del Sol ma już prawie 5 miesięcy. Dokładnie na 15 października wyznaczono kolejny dzień mobilizacji – hiszpańscy Oburzeni wraz z Oburzonymi z całego świata, którzy ich wzorem zaczęli się organizować, będą uczestniczyć w protestach w kilkudziesięciu różnych krajach. Te wydarzenia mogą nadać ruchowi jeszcze większego impetu – gdyż zmierzania ku końcowi na razie nic nie zapowiada. Mimo tego, że media – szczególnie te polskie – nie poświęcają 15M szczególnej uwagi, to ruch pozostaje bardzo aktywny. Warto przyjrzeć się temu, jak Ruch 15 Maja wygląda dziś, i zastanowić się co może stać się z nim po kolejnej wielkiej mobilizacji.

Najbardziej “medialnym” działaniem 15M jest w tej chwili chyba Marsz Oburzonych na Brukselę. To tylko ułamek aktywności ruchu. Uczestniczy w nim kilkadziesiąt, może nieco ponad 100 osób. Tymczasem 15M to tysiące ludzi gotowych do regularnego działania. W ciągu ostatniego miesiąca zorganizowali kilka dużych demonstracji w całym państwie hiszpańskim.

17 września hiszpańscy Oburzeni brali udział w akcjach wymierzonych w światowy system finansowy, zainicjowanych przez pomysłodawców okupacji Wall Street. Ci z kolei inspirowali się między innymi “hiszpańską rewolucją” - jak widać, wzajemne inspiracje jeśli chodzi o sposoby działania prowadzą do ciekawych efektów. Kilkaset osób okupowało giełdy w Madrycie i Barcelonie. Odbywały się warsztaty i dyskusje nad możliwościami stworzenia alternatywnego dla kapitalizmu systemu.

18 i 25 września w Barcelonie miały miejsce duże manifestacje – odpowiednio przeciw cięciom wydatków na usługi publiczne i o prawo do mieszkania. Każda z nich zgromadziła kilka-kilkanaście tysięcy ludzi. Także 3 października odbył się liczny protest – tym razem organizowany błyskawicznie w reakcji na aresztowania członków ruchu. 15M ma możliwości częstego i bardzo licznego mobilizowania dużego grona ludzi. Czy za tymi widowiskowymi, ale nieszczególnie konstruktywnymi wydarzeniami stoi coś jeszcze? Owszem.

Od momentu powstania ruch 15M charakteryzuje się poziomą, maksymalnie demokratyczną strukturą. Wszelkie decyzje były podejmowane w drodze konsensusu, podczas zgromadzeń. Obecnie takie zgromadzenia są już stałym “elementem krajobrazu”. Odbywają się na uczelniach i w dzielnicach. Co jakiś czas odbywają się także zgromadzenia poświęcone konkretnym zagadnieniom czy sposobom działania: jak np. spotkania pracowników, studentów, bezrobotnych.

Zgromadzenia dzielnicowe czy uczelniane nie są tak liczne jak te, które w maju obserwował cały świat. Zbierają po kilkadziesiąt osób. Jednak odbywają się regularnie, w wyznaczonych miejscach. Pozwala to osobom potrzebującym wsparcia – na przykład przy zablokowaniu eksmisji, które są w tej chwili prawdziwą plagą – w łatwy sposób trafić do dużej grupy ludzi, którzy przekażą apel o wsparcie dalej i sami pomogą zorganizować pomoc. Poszczególne dzielnice mają swoje tablice informacyjne, gdzie wywiesza się informacje na temat planowanych wydarzeń. Dużą rolę odgrywa też oczywiście komunikacja za pomocą portali społecznościowych czy list mailingowych. Bywa, że zgromadzenia skupiają się na sobie, zamiast na problemach z którymi należy się mierzyć – problemy organizacyjne przesłaniają ważniejsze sprawy. Jednak bilans ich osiągnięć jest pozytywny – tworzą demokratyczną przestrzeń działania i wymiernie pomagają właśnie w takich wypadkach, jak wspomniane blokady eksmisji. Niedawno w jednej z uboższych dzielnic Barcelony 100 osób przez cały dzień blokowało wyrzucenie na bruk 10 osób z “nielegalnie” zajmowanego budynku – było to możliwe między innymi właśnie dzięki istnieniu dzielnicowych zgromadzeń.

Dzielnicowe “asambleas” działają też na rzecz integracji mieszkańców różnych części miasta. W Barcelonie odbył się niedawno turniej piłkarski w którym uczestniczyły zespoły poszczególnych dzielnic. Każde zgromadzenie mogło wystawić swój punkt informacyjny, przedstawiający prowadzone lokalnie działania i zachęcający do zaangażowania się w działalność ruchu 15M. Przez trwające cały dzień zawody przewinęło się mnóstwo osób, dla których mógł to być jeden z impulsów do rozpoczęcia działania na rzecz swojej dzielnicy czy choćby udziału w manifestacjach.

Oczywiście pojawiają się pytania o wymierne skutki działania Oburzonych. To jeden z najczęściej powtarzanych zarzutów wobec ruchu – że demonstracje nic nie zmieniają, a konieczne jest zaangażowanie się w działalność polityczną (w gorszym tego słowa znaczeniu – upartyjnienie ruchu i działalność w ramach istniejących mechanizmów demokracji przestawicielskiej). Oburzeni odrzucają jednak taką możliwość. Na swoich demonstracjach często krzyczą: “dziś demokracja jest na ulicy”. Odrzucają możliwość startu w wyborach, choć niektóre partie z chęcią przygarnęłyby ich przedstawicieli na listy. Nie chcą współpracować z głównymi związkami zawodowymi, którym zarzucają ugodowość i brak zaangażowania w walkę z cięciami wydatków socjalnych i innymi dotykającymi Hiszpanów problemami. Mimo tego, niektóre z postulatów 15M zdołały przebić się do głównego nurtu debaty publicznej – jak np. kwestia anulowania pozostałości długu osób, które zostały eksmitowane z mieszkań.

Pytania o skuteczność i możliwości dalszego rozwoju ruchu Oburzonych są szczególnie ważne w kontekście kolejnej mobilizacji, planowanej na 15 października. Podczas dyskusji wewnątrz ruchu pojawiają się głosy, że nawet wyjście 200 000 osób na ulice nie musi oznaczać sukcesu – o ile nie pójdą za tym jakieś konkretne działania. A o takie przecież niełatwo w czasie masowych demonstracji.

Sukcesem ruchu 15 maja nie musi być wyłącznie rewolucyjna zmiana systemu politycznego. Jeszcze nie teraz. Na razie głównym zadaniem powinno być rozwijanie tego, co zaczęło funkcjonować i z czasem będzie przynosić coraz bardziej wymierne efekty – zgromadzeń w dzielnicach, na uczelniach i w zakładach pracy. Które będą potrafiły reagować problemy swojego otoczenia, a jednocześnie tworzyć będą – już tworzą – jedną całość, gotową do spektakularnych wystąpień raz na jakiś czas. 15 października powinien być symbolicznym pokazem siły Oburzonych – i zachętą do tego, aby angażować się w działania nie tak widowiskowe – w mniejszej skali, ale regularne, codzienne.

środa, 21 września 2011
18S - mobilizacja przeciw cięciom wydatków socjalnych

18 września był w całej Hiszpanii dniem protestów przeciwko cięciom w wydatkach na edukację i służbę zdrowia. W wielu miastach odbyły się demonstracje, które były również częścią przygotowań do dużej mobilizacji szykowanej na 15 października. Największe manifestacje miały miejsce w Barcelonie i Madrycie.

W Barcelonie przed rozpoczęciem przemarszu przez miasto z Placa Catalunya, odbyły się zbiórki w różnych częściach miasta, których uczestnicy wspólnie przechodzili na plac. Poszczególne marsze miały symbolizować sprzeciw wobec cięć w różnych dziedzinach – zdrowiu, edukacji, sprawiedliwości, ochronie środowiska i innych usługach publicznych. Przez cały dzień padał deszcz i było dość zimno – nie zniechęciło to jednak mieszkańców Barcelony do wyjścia na ulice w celu pokazania swojego sprzeciwu wobec polityki cięć.

Na Placa Urquinaona, gdzie zbierali się chcący szczególnie sprzeciwić się ograniczeniu wydatków na edukację, jeszcze 15 minut przed godziną zbiórki nie było prawie nikogo. Samotnie oczekujący mężczyzna stał oparty o latarnię czytając “Doktrynę Szoku”. Jednak już chwilę później zjawiło się kilkanaście osób w żółtych koszulkach z hasłami żądającymi publicznej edukacji dobrej jakości. Rozpoczęły się przygotowania do rozpoczęcia marszu, choć ilość uczestników wciąż nie była imponująca. Dopiero po dołączeniu licznej grupy oburzonych – imigrantów, z transparentami i bębnami, zaczęło to wyglądać nieźle. Krótki przemarsz na miejsce głównej zbiórki odbył się w około 200 osobowym gronie, z okrzykami “publiczna – tak, prywatna – nie!” i podobnymi.

Po wkroczeniu na Placa de Catalunya, z 200 osób nagle zrobiło się kilka tysięcy (5 wg policji, 25 wg “oburzonych”, według mnie coś pomiędzy). Nadchodzące z różnych stron marsze, a do tego ludzie czekający już na placu – liczba protestujących zaczynała robić wrażenie. Mnóstwo transparentów – z przekreślonymi nożyczkami (symbolem sprzeciwu wobec cięć), wyliczeniami, ile razy możnaby pokryć wydatki na służbę zdrowia kwotą przeznaczoną na ratowanie banków, czy hasłami sprzeciwu wobec likwidacji konkretnych placówek medycznych.

Podczas przemarszu protestujących przez miasto głośno wyrażano zdanie na temat instytucji, których siedziby znajdowały się na trasie. Przy bankach wskazywano na nie krzycząc “winni!”, przy siedzibie związku zawodowego CC.OO. pojawiły się okrzyki, że związkowcy są sprzedajni i uwagi na temat ich nieobecności na demonstracji. Na obecność policji reakcja była jedna - “mniej policji, więcej edukacji”. Śpiewano piosenki, cały przemarsz odbył się w radosnej atmosferze – bez żadnych aktów przemocy, ani ze strony protestujących, ani ze strony policji.

czwartek, 25 sierpnia 2011
To okropne SLD...

czyli kto poznał się na prawdziwym obliczu tej partii, i dlaczego byli to ci, którzy nie dostali obiecanych miejsc na listach wyborczych.

Robert Biedroń, Wanda Nowicka, Barbara Kramarz – te osoby, jak i kilka innych, wypowiadały się w mediach o upadku Sojuszu „Lewicy” Demokratycznej. O tym, jak bezideowa jest to partia, jak bardzo zdominowana przez aparatczyków. O tym, jak wykorzystuje ważne społecznie tematy w kampaniach wyborczych, aby później zapomnieć o nich. O tym, jak szkodliwą dla pracowników politykę prowadzi Sojusz i jak złe jest podpisywanie umowy o współpracy z Business Centre Club – organizacją pracodawców – przez rzekomo lewicową partię.

Z mojego punktu widzenia – osoby, która nie uważa SLD za partię lewicową i podchodzi do tej partii bardzo, bardzo krytycznie – powinno to być pozytywne zjawisko. Po długim czasie prawdziwy obraz SLD pojawia się w mediach, i to nie ze strony „oszołomów” z „radykalnej” lewicy, ale ze strony osób rozpoznawanych, z głównego nurtu działalności społecznej i politycznej.

W mediach pojawiły się między innymi takie wypowiedzi:

Demokratyczna Unia Kobiet: SLD zdradził kobiety wielokrotnie, a własnej tożsamości ideowej już od bardzo długiego czasu nie pamięta. Nie jest więc partią, na której programie można wprowadzać zmiany dotyczące rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i demokratycznego ładu politycznego. Wielu z nas ma problem, na kogo głosować. (stąd)

Biedroń: Dziś SLD woli się bratać z Business Centre Club, czyli z bogaczami. Im bliżej jest do ludzi, którzy mają duże pieniądze, a nie do ludzi wykluczonych. To kompletna aberracja lewicy” (dzisiejszy „Duży Format”)

Nowicka: „SLD bierze się do tematów które interesują głównie ludzi o przeszłości postpezetpeerowskiej: jakieś emerytury dla mundurowych i tym podobne. Sojusz nie ma żadnych pomysłów jeśli chodzi o kwestie ekonomiczne czy światopoglądowe. […] Na razie mamy taką pseudolewicę” (ten sam „DF”)

Kramarz: „Programowe zbliżenie SLD i BCC „Gospodarka dla człowieka” to kpina ze wszystkich ludzi pracy i podstawowych wartości lewicowych – sprawiedliwości społecznej, walki z wyzyskiem, równego dostępu do zdobyczy cywilizacyjnych, zrównania praw kobiet i mężczyzn, itd. itd.” (stąd)

Patrząc na te słowa, widzimy trafną, dosadną, ale prawdziwą, diagnozę tego, czym jest SLD. Ale chwileczkę... Wszystkie te osoby (w przypadku DUK szefowa partii), przed napisaniem bądź wypowiedzeniem tych słów, miały być kandydatami SLD w wyborach! Czy SLD „zeszło na psy” w tym krótkim czasie, od kiedy kandydaci dowiedzieli się, że nie dostaną obiecanych miejsc na listach? Chyba nie, te opinie są prawdziwe nie od dziś. Ale sytuacja w jakiej zostały wypowiedziane sprawia, że nie są wiarygodne.

Przyjrzyjmy się dokładniej wywiadowi Roberta Biedronia dla „Dużego Formatu” - wydaje się bowiem, że droga jaką przed wyborami przechodzi ten działacz, jest reprezentatywna dla większej grupy niedoszłych eseldowskich kandydatów. Biedroń krytykuje SLD i Grzegorza Napieralskiego, ale staje przed trudnym zadaniem: jak to połączyć z chęcią kandydowania z list tej partii?

Działacz KPH odpowiada, że to „cena którą trzeba zapłacić za chęć realizowania swoich celów” mimo że „zaciskamy nos, by nie czuć tego fetoru”. Przypomina seksistowskie wypowiedzi Leszka Millera, homofobiczne Anity Błochowiak – ale tłumaczy, że wierzył że da się to zmienić. Teraz jednak głosi opinie bardziej radykalne: „Na zgliszczach tej partii [SLD] trzeba zbudować coś nowego”. „Im niższy wynik SLD, tym lepsza przyszłość lewicy w Polsce”. Kto to mówi? Już nie kandydat SLD, teraz kandydat Ruchu Palikota!

Wróćmy do wypowiedzi o bogaczach z BCC. Osoba, dla której aberracją lewicy jest współpraca z organizacją bogaczy, nie ma problemu ze startem z listy prywatnego cyrku jednego bogacza – zdeklarowanego liberała gospodarczego. Okazuje się, że ładne zdania o lewicowości i ideowości kolejny raz przegrywają z chęcią zdobycia dobrego miejsca na liście wyborczej – już nieważne jakiej.

Takie podejście musi dotknąć tych, którzy uważają, że idee można na chwileczkę odłożyć na bok, a po wygraniu wyborów triumfalnie wrócić do ich głoszenia. Jeśli zamiast tworzyć alternatywę chce się być „alternatywą” wewnątrz zepsutego systemu – łatwiej samemu ulec zepsuciu niż rzeczywiście osiągnąć cel. Droga prawdziwej lewicy to nie droga wyżebranych od SLD mandatów – to droga pamiętania czym jest SLD (ściąga w cytatach powyżej) i tworzenie alternatywy w opozycji do Sojuszu (czy Ruchu Palikota), a nie wewnątrz nich lub we współpracy z nimi.

poniedziałek, 20 czerwca 2011
Prawdziwa Demokracja Teraz - wersja polska

Niedzielne popołudnie, 19 czerwca. Pod pomnikiem Kopernika przy Krakowskim Przedmieściu siedzi w kręgu około 20 osób. Dookoła nich stoi kolejnych kilkadziesiąt. Podają sobie mikrofon i po kolei opowiadają, co im się nie podoba. Co jakiś czas do dyskusji włączają się osoby stojące dotąd z boku. Każdy ma prawo się wypowiedzieć, każda opinia jest mile widziana przez resztę uczestników.



Co to za wydarzenie? 19 czerwca był w całej Europie dniem mobilizacji przeciwko Paktowi dla Euro, zwołanym przez uczestników hiszpańskiego Ruchu 15 Maja. Hiszpański ruch „oburzonych” sprawił, że tysiące ludzi zaczęły spotykać się na głównych placach miast, dyskutować i organizować się – a to wszystko bez udziału partii politycznych czy związków zawodowych. Również w Polsce znaleźli się ludzie chcący pójść śladem Hiszpanów – dlatego zorganizowali się pod hasłem „Prawdziwa Demokracja TERAZ” i zwołali otwartą dyskusję w centrum Warszawy.


Uczestnicy wydarzenia twierdzą, że demokracja to nie tylko wrzucanie kart do urny. Według nich to rządy ludzi – a obecny system nie daje ludziom rzeczywistego wpływu na władzę. Dlatego postanowili się zorganizować – aby poznać swoje problemy, odzyskać przestrzeń publiczną i dyskutować nad sposobami działania.

Pierwsza część spotkania była poświęcona rozmowie na temat: co nas wkurza? Mikrofon był przekazywany każdemu uczestnikowi. Każdy miał 3 minuty na wypowiedź. Poruszano różne problemy, ale część z nich powtarzała się częściej. Był to np. stan edukacji. Krytykowano wprowadzanie opłat za studia, ale także sam kształt systemu oświaty, który nie uczy krytycznego myślenia, a jedynie dostosowywania się do sytuacji. Inną powracającą kwestią była niestabilność życia – konieczność pracy na umowy tymczasowe, brak szans na znalezienie stałego zajęcia i możliwości planowania przyszłości. Jeszcze inną sprawą na którą często zwracano uwagę była rola mediów – według dyskutujących mają one ogromny wpływ na politykę, przyczyniają się do zabetonowania systemu politycznego oraz często manipulują informacjami.

Po dyskusji nastąpiła przerwa na posiłek i krótką część muzyczną. Zagrała samba, a później wykonano przygotowany specjalnie na tę okazję protest song (nagranie tutaj: http://vimeo.com/25342620). Spotkało się to z jeszcze większym zainteresowaniem przechodniów.

Następna część dyskusji miała dotyczyć sposobów działania i rozwijania powstającego ruchu. Została niestety utrudniona przez padający deszcz, ale mimo tego udało się stworzyć kilka pomysłów dalszych działań. Postanowiono także zwoływać regularnie spotkania organizacyjne. Pierwsze z nich odbędzie się już w środę, 22 czerwca, o 18:30, przy ul. Kłopotowskiego 31 – w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym. Spotkanie jest otwarte dla wszystkich chcących wziąć udział czy dowiedzieć się czegoś o Prawdziwej Demokracji Teraz.

czwartek, 19 maja 2011
O co chodzi z tą demokracją?

Trwa piąty dzień protestów w Hiszpanii. Zaczęły się pojawiać konkretne postulaty ze strony “ruchu 15 maja” - w odpowiedzi na które politycy jak zwykle przedstawili puste hasła o tym, że “niezadowolenie jest uzasadnione” ale trzeba cierpliwie czekać na zmiany, najlepiej głosując na tych co zawsze.

Początkowo wydawało się, że poza analizami związanymi z wpływem protestów “ruchu 15 maja” na wyniki samorządowych wyborów, politycy nie mają nic do powiedzenia. Później pokazali strach, zakazując (jako rada miasta Madrytu) w środę kolejnej demonstracji – popisując się przy okazji niebywałą inwencją w wyjaśnianiu przyczyn takiej decyzji. Otóż protesty – których celem, jak przy rejestracji wydarzenia podali organizatorzy, było m.in. nawoływanie do oddania odpowiedzialnego głosu w wyborach – miały wpływać na kampanię wyborczą oraz naruszać wolność obywateli przy głosowaniu.

José Manuel Campa, sekretarz stanu w hiszpańskim Ministerstwie Gospodarki i Finansów, raczył podzielić się swoim przesłaniem do protestujących od niedzieli młodych ludzi. Stwierdził że kryzys z którym mierzy się kraj, to rzecz nie do rozwiązania w dzień. Sytuacja gospodarcza młodych ma się poprawić za 10, 20, 30 lat. Tymczasem rząd “tworzy model ekonomiczny bardziej trwałego, długoterminowego wzrostu”. Być może pan minister nie zauważył – protestujący chcą właśnie skończyć z “modelem ekonomicznym” konsekwentnie wprowadzanym od lat. PP i PSOE swój model gospodarczy tworzą naprzemiennie od 1978 roku. Po ponad 30 latach efektem jest kryzys i cięcia wydatków socjalnych. Co czeka Hiszpanów po kolejnych 30?

Piątego dnia protestów wypowiedział się nawet premier Zapatero. Od razu zabłysnął słowami, które mógłby wypowiedzieć chyba każdy premier w Europie. „Trzeba słuchać, trzeba być wrażliwym, ponieważ są powody, dla których wyrażają to niezadowolenie i tę krytykę Musimy się wzmacniać i poprawiać.” Idealna recepta na kryzys, bezrobocie, niestabilność, czyż nie?

Lider Partii Ludowej, Mariano Rajoy, w swojej wypowiedzi właściwie nie wyraża nic innego – poza tym, że chciałby demokratycznie odsunąć od władzy partię Zapatero. A najważniejszym, co może uczestnik demokracji, jest według niego „głos ważny, wolny i przemyślany”. Oczywiście głos oddany pod wpływem postulatów przedstawianych w czasie demonstracji taki nie jest – bo to, jak czytaliśmy wyżej, nieuczciwe wpływanie na „wolność głosowania”. Wpływ na głosy może mieć jedynie kampania wyborcza opłacana za miliony euro.

Posłuchaliśmy przywódców narodu, którzy bohatersko przeprowadzają swój kraj przez trudne czasy kryzysu. Oddajmy głos młodym, leniwym; tym, którzy nie wiedzą że powinni tylko oddać głos na PP albo PSOE, a nie wychodzić na ulice ze swoimi propozycjami. Oto niektóre z postulatów organizacji „Democracia real Ya!”:

-usunięcie przywilejów klasy politycznej, w tym: kontrola absencji na poszczególnych stanowiskach, kary za porzucenie funkcji, ograniczenie liczby stanowisk wolnego mianowania

-przeciw bezrobociu: zatrzymanie podwyższania wieku emerytalnego do momentu ograniczenia bezrobocia wśród młodych; przywrócenie zasiłku dla trwale bezrobotnych; przywileje dla firm o udziale pracowników tymczasowych mniejszym niż 10%

-prawo do mieszkania: przejmowanie przez państwo wybudowanych, niesprzedanych mieszkań i umieszczenie ich na rynku chronionego wynajmu; ułatwienia dla młodych i osób o niskich dochodach przy wynajmie mieszkań

-usługi publiczne wysokiej jakości: niezależna kontrola budżetów i wydatków administracji; zatrudnienie kadry nauczycielskiej w celu zapewnienia odpowiedniej ilości uczniów w salach i podziału na grupy; tani transport publiczny z przywróceniem pociągów, które zostały zastąpione przez AVE (szybkie, ale obrzydliwie drogie pociągi między największymi miastami)

-kontrola instytucji bankowych: zakaz “zastrzyków kapitału” dla banków; podniesienie podatków dla banków proporcjonalne do wydatków społecznych związanych ze spowodowanym przez nie kryzysem; zakaz przenoszenia banków hiszpańskich do rajów podatkowych; regulacja sankcji za spekulacje i złe praktyki bankowe

Do tego cała lista postulatów związanych z demokracją partycypacyjną. Którą zresztą wprowadzają w życie, organizując na miejscach protestów komisje zajmujące się poszczególnymi akceptami działania “obozu Sol” i formułowaniem postulatów, czy przeprowadzając polityczne dsykusje w swoim gronie.

Pytanie: kto lepiej rozumie czym jest demokracja, jest chyba pytaniem retorycznym. Jak mówi hasło z jednego z transparentów: to nie oni są antysystemowi. To system jest przeciwko nim.

Tak wygląda demokracja w działaniu: transmisja na żywo z Puerta del Sol.

23:15, conejo_infernal
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 maja 2011
Nie jesteśmy towarem w rękach polityków i bankierów

15 maja był w Hiszpanii dniem zapowiadanych od jakiegoś czasu demonstracji pod hasłem walki “o prawdziwą demokrację”. Polskie media raczej przemilczały sprawę, publikując tylko papowską depeszę, mówiącą o sprzeciwie wobec polityków płynącym z różnych stron – “od prawicy do lewicy, od katolików po niewierzących”. Szybki przegląd doniesień w mediach hiszpańskich każe sądzić, że obraz apolitycznego, szerokiego sojuszu przeciwko rządzącym partiom nie do końca odpowiada prawdzie.

Demonstracje były organizowane bez udziału związków zawodowych i partii politycznych - tydzień przed wyborami samorządowymi. Zwołane zostały przez “Democracia real Ya!” (Prawdziwa Demokracja Teraz!), udział wzięło ponad 400 różnych grup, w większości istniejących nie dłużej niż kilka miesięcy. Mimo to, udało im się zmobilizować do wyjścia na ulice kilkadziesiąt tysięcy ludzi, w pięćdziesięciu miastach. W Madrycie demonstrowało 20 tysięcy ludzi, z których część postanowiła kontynuować protest przez noc okupując Puerta del Sol – nad ranem zostali jednak usunięci stamtąd przez policję.

Co spowodowało taką reakcję Hiszpanów (a także Katalończyków)? Groźba powtórzenia greckiego kryzysu ekonomicznego została przecież oddalona przez “bohaterskie” poczynania premiera Zapatero, polegające oczywiście na cięciach wydatków. Jednak sytuacja mieszkańców Hiszpanii, szczególnie tych młodych, jest nie do pozazdroszczenia. Do niedawna określani jako “mileuristas” - bo 1000 euro to zarobek, jakiego mogli oczekiwać – dziś nie mogą liczyć nawet na tyle. Nie mają również przedstawicieli, którzy zadbaliby o ich interesy na arenie politycznej. Organizatorzy niedzielnych protestów określają się jako pokolenie “ani ani” - nie chcą głosować ani na PSOE, ani na Partido Popular.

W temacie różnorodności, która rzekomo miała cechować protestujących – dziwne byłoby, gdyby tak liczna grupa był całkowicie jednorodna. Celem są politycy – ci z głównych, zmieniających się u władzy partii. Demonstrujący nie atakują ich jednak z pozycji apolitycznych. Jeden z założycieli “Democracia real Ya!” - Fabio Gándara – podkreśla, że ruch nie zajmuje stanowiska w sprawie zbliżających się wyborów. Swoja platformę opisuje jednak jako postępową i antyneoliberalną, inspirującą się ruchem antyglobalistycznym.

Spójrzmy na cele jakie stawia sobie inna grupa stojąca za protestami, “Juventud sin futuro” (Młodzi bez przyszłości). Sprzeciw wobec cięć wydatków, znalezienie osób odpowiedzialnych za kryzys, a wreszcie prawo do mieszkania, edukacji, emerytur i redystrybucja bogactwa. To nie są postulaty “apolityczne”. To konkretne, lewicowe żądania.

Niedzielne protesty nie powinny być jednorazowym, odosobnionym wydarzeniem. Emocje wzbudza możliwy wpływ ich uczestników na wyniki wyborów. Prawica liczy na to, że głosy lewicy podzielą się między różne ugrupowania, a część wyborców nie pójdzie głosować. Izquierda Unida próbuje skierować sympatie protestujących w swoją stronę. Krytyka protestujących skupia się na dwóch głównych partiach – być może jest to szansa dla opozycyjnej, lewicowej IU. Wpływ na wybory nie powinien być chyba jednak głównym czynnikiem branym pod uwagę przy ocenie ruchu, który zjednoczył się właśnie w niechęci do polityków

Fabio Gándara, rzecznik “Democracia real Ya!” jako kolejny punkt działań proponuje “globalizację obywatelskiego gniewu”. Podobno nawiązane zostały już kontakty z podobnymi ruchami w innych krajach, jak Maroko czy Wielka Brytania. Interesującą kwestią jest możliwy udział polskich grup wyrażających sprzeciw wobec antyspołecznej polityki w takim międzynarodowym sojuszu – bo o ile problemy mamy podobne, to reakcje są skrajnie odmienne – polska bierność i hiszpańska mobilizacja.

Hasło “Młodych bez przyszłości”, zauważalne podczas protestów, składa się z czterech części. Pierwsze trzy: “bez mieszkania”, “bez pracy”, “bez emerytury” - oddają również sytuację młodych Polaków. Niestety, czwarte z nich - “bez strachu” - już nie. Młodzi mieszkańcy Hiszpanii nie boją się wyjść na ulice, aby wyrazić swój sprzeciw wobec polityków i żądania zmian. Czy w Polsce również dojedziemy do takiego momentu? A może to nie strach – może polska młodzież po prostu akceptuje to, co dla Hiszpanów jest nie do zaakceptowania? Gdzie jest granica tego, co można nam odebrać, abyśmy zaczęli żądać tego, co nam się należy?

niedziela, 10 kwietnia 2011
Czego dowiesz się w taksówce?

Po ostatnich wydarzeniach w Egipcie i innych krajach arabskich, książka z Kairem w tytule znajdująca się na półce z reportażami może budzić podejrzenia. Jednak “Taxi. Opowieści z kursów po Kairze” to nie produkt powstały w ekspresowym tempie na fali zainteresowania arabskimi rewolucjami. Książka została napisana w 2006 roku, a jej polskie wydanie zapowiadane było już jesienią 2010. Wydarzenia z placu Tahrir wpływają jednak na to, jak czyta się dziś tę książkę.

“Taxi” Chalida al-Chamisiego to zbiór 58 zapisów rozmów z kairskimi taksówkarzami. Autor we wstępie podkreśla, jak różnorodną grupę stanowią przedstawiciele tego zawodu – pod względem wieku, wykształcenia, pochodzenia, wyznania czy poglądów. Jeszcze bardziej zróżnicowani są ci, którzy korzystają z ich usług. To wszystko sprawia, że w rozmowach z taksówkarzami odbijają się te problemy, które rzeczywiście dotyczą większości społeczeństwa, sprawy, które w danej chwili budzą największe zainteresowanie.

Autor również jest kairczykiem. To ważne, gdyż rozmowy prowadzone są w dialekcie, bardzo odmiennym od literackiego języka arabskiego. Jak pisze tłumacz książki, Marcin Michalski, to pierwsza książka pisana w większej części dialektem, która zdobyła taką popularność. Dla tłumacza to wyzwanie – dla czytelnika tylko korzyść, bo zostaje zachowana autentyczna forma przytaczanych rozmów. Tekst jest pełen dowcipów, anegdot i wyrażeń charakterystycznych dla języka mówionego.

W rozmowach poruszane są wszelkie tematy. Głównie narzekanie na ciężki los, czasami połączone z chęcią wzbudzenia współczucia, a tym samym otrzymania wyższej zapłaty. Ale także oceny sytuacji politycznej, czasami nawet pochwały prezydenta Mubaraka i rządzących. Mniej lub bardziej przenikliwe analizy, ale również dyskusje o kinie czy piłce nożnej.

Czytając książkę dziś, zwraca się uwagę na te fragmenty, które mogły przepowiadać tegoroczne wydarzenia. “Żyjemy lipą i w nią wierzymy. A jedyna rola władzy polega na kontrolowaniu, czy w tę lipę wierzymy”. Ta i podobne (choć nie wszystkie – w swoich podróżach autor spotykał również zwolenników władz) wypowiedzi wskazują, że niezadowolenie było powszechne, a ludzie nie żyli złudzeniami, że będzie lepiej, bo władza działa dla ich dobra. Jeden z taksówkarzy mówi:

Co to zresztą za demonstracja! Dawniej to się wychodziło na ulicę w pięćdziesiąt tysięcy ludzi! Albo i w sto tysięcy! A dzisiaj – wszystko bez sensu. Paru ludzi na krzyż wyszło na ulice po coś, czego nikt nie kapuje.

Tak wyglądała sytuacja w roku 2005 czy 2006. Pięć lat później okazało się, że na ulice potrafiło wyjść więcej niż “paru ludzi”, co skończyło się zmianą władz. Czy było to do przewidzenia? Oddajmy głos temu samemu taksówkarzowi:

Bo też co to za władza... Starczy dmuchnąć, a się rozleci.



Chalid al-Chamisi, „Taxi. Opowieści z kursów po Kairze”, tłum. Marcin Michalski, wyd. Karakter, 2011,
19:39, conejo_infernal
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 marca 2011
Kto ma prawo do demokracji?

Zacznijmy od krótkiej prasowej informacji: 23 marca hiszpański Sąd Najwyższy stosunkiem głosów 9 do 7 odrzuca możliwość zalegalizowania działalności nowej partii baskijskiej lewicy abertzale, Sortu. Według sądu Sortu jest kolejnym wcieleniem Batasuny, partii zdelegalizowanej z powodu związków z ETA, i również. Sędziowie sugerują, że Sortu również będzie zależne od tej terrorystycznej organizacji.

Sortu (bask. “tworzyć”) powstała w lutym tego roku. Wpisuje się w charakterystyczny dla Kraju Basków nurt lewicy abertzale (patriotycznej, niepodległościowej), reprezentowany wcześniej głownie przez wspomnianą Batasunę, zdelegalizowaną w 2003. Przedstawiciele Sortu od samego początku istnienia partii zdecydowanie odcinają się od związków z ETA i przemocy jako formy walki politycznej. Reprezentuje ruch polityczny, który regularnie, pod różnymi nazwami startuje w wyborach lokalnych i europejskich (odrzucając możliwość udziału w wyborach na szczeblu krajowym, nie chcąc legitymizować państwa hiszpańskiego). Mimo kolejnych delegalizacji, ruch ten wciąż istnieje, i cieszy się dużym poparciem, czego dowodem mogą być choćby wielotysięczne demonstracje poparcia dla legalizacji nowopowstałej partii w lutym tego roku. Poparcie dla legalizacji Sortu wyraziła także grupa posłów do Parlamentu Europejskiego.

Niestety – okazuje się, że prawo do udziału w demokracji nie dotyczy wszystkich. Choć Baskowie z Sortu odrzucili przemoc i związki z ETA, to nie wystarczyło by cieszyć się możliwością legalnego działania. Ciekawe, że tę możliwość odbiera mi państwo hiszpańskie, które niezgodne z prawem działania wobec baskijskich nacjonalistów prowadzi do dziś, i wcale nie ma zamiaru z nimi zerwać.

Przykładem choćby sytuacja Arnaldo Otegiego, obecnie również związanego z Sortu. Niedawno Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał za zbyt wysoki wyrok roku więzienia w zawieszeniu za rzekome obrażenie króla, poprzez nazwanie go “szefem oprawców narodu baskijskiego” i nakazał hiszpańskiemu rządowi wypłatę odszkodowania. Otegi oskarżony był również o wspieranie organizacji zbrojnej, z powodu swego członkostwa we władzach Batasuny.

Demokratyczne” państwo hiszpańskie łamie prawo do zrzeszania się, swobodnego głoszenia poglądów i działalności politycznej. Natomiast “terroryści” odrzucają terroryzm jako metodę działania i związki z terrorystyczną organizacją. Czy rzeczywiście najlepszym sposobem walki z przemocą jest odbieranie im prawa do wyrażania swoich poglądów? Czy brak możliwości działania w ramach demokracji pomoże walczyć z terroryzmem, czy wręcz przeciwnie?

poniedziałek, 17 stycznia 2011
Baskowie mimo zawieszenia broni przez ETA śmią wciąż żądać niepodległości.

Zbrodniczy lewacki terrorystyczny nacjonalizm, czyli jak Baskowie mimo zawieszenia broni przez ETA śmią wciąż żądać niepodległości.

11 stycznia dość szeroko komentowanym wydarzeniem było ogłoszenie przez baskijską organizację terrorystyczną ETA jednostronnego zawieszenia broni, mającego podlegać międzynarodowej kontroli. Skoro ważne i komentowane na świecie – w Polsce nie inaczej. „Gazeta Wyborcza” odniosła się do deklaracji ETA artykułem – a jakże! – Macieja Stasińskiego.

Pierwszy artykuł zaczyna się ciekawie. ETA zostaje opisana tak:

Terroryści, którzy od ponad pół wieku walczą zbrojnie o oderwanie Kraju Basków od Hiszpanii i Francji oraz ustanowienie niepodległej i socjalistycznej Wielkiej Baskonii (Euskal Herria)

Niby do niczego nie można się przyczepić, ale... Euskal Herria to oficjalna baskijska nazwa tego, co w języku polskim nazywamy Krajem Basków. Tłumaczenie tego jako „Wielka Baskonia” może mieć moim zdaniem tylko jeden cel – analogię do nacjonalistycznych tworów takich jak Wielkie Węgry, Wielka Polska itp., często określających tereny do których roszczą sobie prawa skrajni nacjonaliści w danych krajach. itp. itd. Z rzetelnością jednak nic wspólnego nie ma.

Czytamy dalej:

I tym razem ETA domaga się od Hiszpanii i Francji zaprzestania represji oraz uznania prawa do samookreślenia narodu baskijskiego mieszkającego po obu stronach Pirenejów. Dlatego oświadczenie ETA rządowi Hiszpanii nie wystarcza.

To rzeczywiście skandal – domagać się prawa do samostanowienia. Zgromadzenie Ogólne ONZ prawo ludów i narodów do samostanowienia określiło jako "fundamentalne prawo człowieka." 


Co tu kryć – ONZ to organizacja jawnie proterrorystyczna/prozbrodnicza. Jak bowiem pisze pan Stasiński – ideologia reprezentowana przez terrorystów to „zbrodniczy lewacki nacjonalizm”. Dokładnie tak. To nie próby wpływania na rzeczywistość aktami przemocy są zbrodnicze. Zbrodniczy jest "lewacki nacjonalizm", sam w sobie. Nic to, że postawa określana baskijskim nacjonalizmem to dążenie do niepodległości Euskal Herria, a nie, jak w przypadku różnego rodzaju oszołomów znanych z Polski, mieszanka ksenofobii, rasizmu i idiotyzmu. 

Dziennikarz „Wyborczej” wręcz kpi z niepodległościowych dążeń i wspomnianego wyżej prawa Basków (i każdego innego narodu) do samostanowienia „jakby byli narodem podbitym i okupowanym”. Rzeczywiście, codzienne życie Basków pewnie nie wygląda tak, jak codzienne życie, dajmy na to, Palestyńczyków. Baskowie mają autonomię w ramach państwa hiszpańskiego. Mogą używać swojego języka, uczyć się go w szkołach, kultywować swoją kulturę. Nie mogą jednak zdecydować, czy chcą należeć do międzynarodowej organizacji wysyłającej bez zaproszenia swoje wojska do obcych krajów 
(tak, tak – chodzi o NATO) – a gdyby mogli, to, jak pokazało referendum z 1986, pewnie odrzuciliby tę propozycję.

Poza tym, pan Stasiński, opisując stosunek Baskijskiej Partii Nacjonalistycznej (która jest, poza tym że wyznaje zbrodniczy nacjonalizm, mocno centrowa) zauważa, że członkowie PNV "wiedzieli, że ETA to lewacy, ale byli skłonni wybaczyć ten drobiazg braciom w nacjonalistycznej wierze". Rzeczywiście, to nie przemoc jest głównym przeciwwskazaniem do kontaktów z ETA - to jej lewackość! A przecież Kraj Basków "pozostaje jednym z trzech czy czterech najbogatszych regionów Hiszpanii".

Mają co jeść, nikt do nich nie strzela, a im się zachciewa niepodległości. Jak oni śmią!

 
1 , 2 , 3 , 4