viva la ilusión
Kategorie: Wszystkie | bat bi hiru lau
RSS
niedziela, 21 lutego 2016
Razem Obroni Demokrację

W myśl zasady (wymyślonej na poczekaniu, ale całkiem obiecującej), że najlepiej czytać gazety sprzed miesiąca, a książki sprzed co najmniej kilku lat, zabrałem się za „Polityczność” Chantal Mouffe. Belgijska filozofka bardzo blisko współpracuje z Podemos, ostatnio opublikowała nawet książkę napisaną wspólnie z numerem dwa partii, Íñigo Errejonem. Miałem nadzieję na poznanie teoretycznych korzeni fioletowej partii. Pod tym względem lektura okazała się nieco rozczarowująca. Okazało się jednak, że rozważania Mouffe mogą posłużyć do zinterpretowania bieżących konfliktów politycznych w Polsce.

W swojej niedużej książce Mouffe przeciwstawia się postpolitycznemu podejściu, zakładającemu, że polityka sprowadza się do kwestii technicznych, które mają jedno słuszne, racjonalne rozwiązanie. Podejście to stało się dominującym po upadku radzieckiego komunizmu, wraz z opanowaniem świata przez gospodarczą globalizację i wolnorynkową ideologię. Według filozofki, stoi to w sprzeczności z istotą polityczności, którą jest antagonizm, istnienie co najmniej dwóch sprzecznych stanowisk, między którymi konieczny jest wybór polityczny, a nie wyłącznie techniczny.

Mouffe próbuje znaleźć rozwiązanie, które w przeciwieństwie do liberalnego dążenia do „racjonalnego” konsensusu dopuszcza istnienie pluralizmu i podziału my-oni, jednocześnie nie doprowadzając do wytworzenia się relacji przyjaciel-wróg, zakładającej konieczność zniszczenia drugiej strony sporu.  Rozwiązaniem tym jest, według Mouffe, „agonizm”, czyli taki spór, w którym obie strony uznają nawzajem swoją prawomocność i reguły, którymi mają się kierować. Jednak inaczej niż w typowej  demokracji liberalnej spór nie musi dotyczyć tylko wąskiego marginesu zmian możliwych wewnątrz danego, jedynego „racjonalnego” modelu (jak np. wolnorynkowy kapitalizm). Spór „jest realną konfrontacją, ale rozgrywaną według zaakceptowanych przez strony demokratycznych procedur”.

„Polityczność” została wydana w 2005 roku, gdy jeszcze całkiem żywa była socjaldemokratyczna „trzecia droga”, czyli lewica samopozbawiająca się jakichkolwiek cech odróżniających ją od prawicy. Ten brak rzeczywistego wyboru Mouffe uznaje za źródło głównych zagrożeń dla demokracji: zniechęcenia  i  znudzenia obywateli i obywatelek oraz pojawienia się nowych partii populistycznej prawicy, które oferując pozornie antysystemowe podejście zyskiwały poparcie ludzi desperacko poszukujących czegoś innego niż proponowało „radykalne centrum”.

Przejdźmy do analizy panującego obecnie w Polsce podziału sceny politycznej na PiS i KOD (traktowany nie jako konkretna grupa ludzi próbujących organizować protesty przeciwko władzy, ale jako anty-PiS, z partiami politycznymi takimi jak Nowoczesna i PO włącznie).

KOD stanowi tutaj przykład liberalnodemokratycznego podejścia, w którym obecny stan rzeczy jest tym najlepszym, a demokracja sprowadza się do odpowiedzialnego nim zarządzania. Stąd kult bohaterów transformacji, jako momentu w którym wkroczyliśmy na ścieżkę normalności, i organizowanie pogadanek Balecerowicza po sobotnich spacerach.

Inną cechą KOD-u wpisującą się w opis Mouffe jest odbieranie prawomocności przeciwnikowi poprzez arbitralne ustalanie granic demokracji i odwoływanie się do podziałów i decyzji natury moralnej, a nie politycznej. Oczywiście bezpośrednią przyczyną aktywności KOD-u było naruszenie konstytucji przez pisowskie władze. Jednak brak podobnej reakcji po niekonstytucyjnych działaniach poprzednich rządów każe przypuszczać, że opór przeciwko PiS jest bardziej związany z tym, czym PiS jest, a nie z tym, co robi.

Oddając głos Mouffe:

„bardzo wygodne było wyznaczenie granicy miedzy ‘dobrymi demokratami’ a ‘złą skrajną prawicą’ na poziomie moralnym. Należy zauważyć, że ruch ten przyniósł dodatkową korzyść w postaci utworzenia ‘konstytutywnego zewnętrza’ koniecznego, by zabezpieczyć tożsamość ‘my’ sił konsensusu. Jak to podkreślałam wcześniej, nie istnieje ‘my’ bez ‘oni’, a polityka nie istnieje bez wyznaczenia jakiejś granicy. Dlatego pewien rodzaj granicy był konieczny dla ustanowienia tożsamości ‘dobrych demokratów’. Sztuczka polegała na określeniu ‘ich’ jako ‘skrajnej prawicy’. Dzięki typowo liberalnemu szachrajstwu polityczne rozróżnienie ‘my’/’oni’ mogło być ustanowione tak, że poprzez ukazywanie go jako kwestii moralnej zaprzeczało się jego politycznemu charakterowi. Dzięki temu tożsamość dobrych demokratów mogła zostać ustanowiona dzięki wykluczeniu skrajnej prawicy, bez poddania w wątpliwość tezy, że konfliktowy model polityki został przezwyciężony”.

Stworzenie pisowskiego „zewnętrza” było bardzo wygodnym rozwiązaniem dla obozu demokratycznego w czasie opozycji do pierwszych rządów PiS, a później przez osiem lat u władzy. Mam wrażenie, że potrzeba utrzymania tego podziału „my, dobrzy demokraci” – „źli oni” jest jednym z powodów powracających ataków na jedyną siłę polityczną nie wpisującą się w żadną ze stron – czyli Razem. Istnienie partii, która nie ma nic wspólnego z „ciemnogrodem”, szanuje demokratyczne procedury, popiera integrację europejską – a jednocześnie nie dołącza do anty-PiSu i nie pada na kolana przed portretem Balcerowicza  - zakłóca ten czytelny i wygodny dla „demokratów” podział. Nie da się utrzymywać, że KOD jest jedynym wyborem innym niż pisowski faszyzm i bolszewizm, jeśli istnieje nawet nieduże ugrupowanie przedstawiające trzecią możliwość.

Stąd dwie reakcje ze strony obrońców modelu liberalnodemokratycznego. Ci deklarujący sympatię do Razem przekonują z troską, że młoda partia skazuje się na marginalizację, nie dołączając do żadnej ze stron konfliktu dzielącego Polskę na pół. Pozostali postanowili najwyraźniej udowodnić, że Razem, podobnie jak PiS, nie mieści się w zakresie dopuszczalnym przez „dobrych demokratów”. Strategię Razem opisuje, całkiem trafnie, Agata Bielik-Robson na gościnnych łamach „Wyborczej”:

Tu znów interesy młodej lewicy i KOD-u rozchodzą się: "obóz demokratów" protestuje przeciw antyliberalnej polityce prawicowego rządu, Razem nie ma powodu, by się do tego protestu dołączyć, ponieważ antyliberalizm to właśnie ta orientacja, którą partia usiłuje zagospodarować, tyle że na swój sposób. Razem także chce uprawiać politykę antyliberalną - tyle że w imię "projektu socjalistycznego". Umiarkowani sympatycy Razem niepotrzebnie łamią sobie głowę nad "osobnością" swojej partii. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Dystans do KOD-u to logiczny element całej strategii.

Problem w tym, że Bielik-Robson nie dopuszcza możliwości istnienia siły politycznej chcącej podważyć liberalny konsensus, która jednocześnie nie podważa zasad demokracji. Stąd zarzuty o bagatelizowanie sporów o konstytucję, istnienie tajnej agendy Razem dostepnej na ukrytych forach i ogólną pogardę dla demokracji. Niczym niepoparte, przydatne jednak do wykluczenia Razem z debaty politycznej, w której miejsce jest tylko dla dobrych demokratów.

Wracając do panującego od dziesięciu lat podziału PO (+demokraci) – PiS: rzecz jasna nie jest tak, że PiS jest tu tylko ofiarą. PiS również stosuje metody arbitralnego wykluczania swoich przeciwników z przestrzeni debaty politycznej, tylko używając do tego innego zestawu argumentów. Zarzuty o komunistyczną przeszłość, agenturalność czy lewactwo to nic innego jak rewers  moralnego wzmożenia obozu demokratycznego. W przypadku partii obecnie rządzącej dochodzi do tego fakt wykluczania znaczących grup społecznych nie z powodu poglądów czy działań z przeszłości, ale też orientacji seksualnej, wyznania czy w przypadku (mam nadzieję) niedużej, lecz głośnej części PiS – rasy. To jeden z problemów problem przy potencjalnej próbie budowania takiej przestrzeni debaty publicznej, w której byłoby miejsce i dla PiS, i dla Nowoczesnej i dla Razem, traktujących się jako przeciwników, a nie wrogów.

Innym, największym chyba problemem, jest przywiązanie dwóch głównych obozów do istniejącego podziału i walki na wyniszczenie, pozwalających przez 10 lat dominować w polskiej polityce. Podział ten, choć obie grupy reprezentują istotne części społeczeństwa, nijak nie odpowiada na potrzeby wszystkich obywateli i obywatelek – stąd frekwencja wyborcza z trudem dobijająca do 50%.

Chantal Mouffe trafnie opisuje pułapki w które wpada liberalna demokracja i stan, do którego należy dążyć. Nie pisze jednak nic o tym, co robić, aby choć trochę przybliżyć pożądany kształt demokracji. Jedyne, co pozostaje, to wbrew wszystkim działać tak, jak chcielibyśmy, żeby działali wszyscy. Mam wrażenie, że Razem próbuje wyznaczać tu pewne standardy: jeśli krytykuje PiS, to za konkretne działania (niekorzystne propozycje zmian konstytucji; sposób wprowadzenia programu 500 zł na dziecko wykluczający najbiedniejsze rodziny itd.), a nie za bycie PiS-em. Jeśli uzasadnia pozostawanie poza KOD, to kwestionując model transformacji, którego obrońcy tworzą Komitet, i przytaczając przykłady łamania konstytucji przez jej obecnych obrońców – nie przypisuje jednak jego uczestnikom i uczestniczkom jakichś wrodzonych cech uniemożliwiających uczestnictwo w politycznym sporze.

Mouffe zauważa: „aby działać politycznie ludzie potrzebują możliwości identyfikacji z jakąś zbiorową tożsamością dostarczającą takiej wizji ich samych, w której mogą się rozpoznać”. W demokracji, która jest wypełniona treścią, a nie ogranicza się tylko do zbioru procedur, jest miejsce dla tożsamości wyborczyni PiS i protestującego z KOD-em. Jednak jeśli będą to jedyne możliwości, ich wewnętrzne podobieństwo przy nieprzekraczalnych zewnętrznych różnicach sprawiają, że zwycięstwo zależy wyłącznie od eliminacji wroga.

W tej chwili Razem jest chyba jedyną partią, która nie postrzega polityki wyłącznie jako kwestii niezmiennych tożsamości, a konfliktu rozbieżnych interesów różnych grup społecznych. Próbuje zmobilizować wszystkich tych, którzy nie odnoszą korzyści w obecnym systemie społeczno-gospodarczym i sprzeciwiają się polityce „śmierć frajerom”, w której słabszy musi stale obawiać się ciosów ze strony silniejszego. W ten sposób, dostarczając kolejnej możliwości, Razem jest w stanie włączyć kolejne grupy w proces demokratyczny, napełniając go treścią. Oczywiście jest całkiem prawdopodobne, że Razem mimo wysiłków nie przekroczy nigdy bariery pięciu procent, a tym samym nie odmieni kształtu demokracji w Polsce. Niestety jest jeszcze mniej prawdopodobne, że uratuje ją KOD.

21:50, conejo_infernal
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 grudnia 2015
8 pytań po 20 grudnia

Tekst jest tłumaczeniem artykułu Emmanuela Rodrigueza z portalu ctxt.es. Dopiski w nawiasach kwadratowych i przypisy pochodzą od tłumacza.

20 grudnia 2015: system partyjny nie będzie już taki, jak dawniej. Wymienianie się partii u władzy które zaczęło się po transformacji ustępuje miejsca czemuś innemu, ale czemu dokładnie? Poniżej kilka pytań, oczywistych i nie tak oczywistych, na temat tego, co wydarzyło się wczoraj.

podział mandatów

1. W porządku, system dwupartyjny miewał lepsze momenty, ale co nadchodzi teraz? Cztery główne siły polityczne kraju mieszczą się w przedziale między 29% głosów dla Partii Ludowej – najniższy wynik od 25 lat – a 14%, którymi Ciudadanos przekroczyło najwyższe wyniki dotychczasowej trzeciej siły w kraju, Izquierda Unida. Historyczne wyniki, 75-80% głosów, które tradycyjnie zbierały dwie partie zmieniło się w nieco ponad 50% zdobyte wczoraj. Prawdopodobny skutek: nasz system wyborczy z okręgami w  każdej prowincji będzie przedmiotem pierwszej wielkiej reformy hiszpańskiej demokracji.

2. Kto będzie rządził Hiszpanią? Być może nikt. Żaden z bloków, które w naturalny sposób mogłyby uporządkować wyborcze spektrum w podziale prawica-lewica nie zdobył większości; ani PP z Ciudadanos, ani PSOE z Podemos i Izquierda Unida. Arytmetyka obliczeń z partiami baskijskimi i katalońskimi przedstawia się równie skomplikowanie: ani [centrowa katalońska] Convergencia nie jest do przyjęcia dla Ciudadanos, ani [centrolewicowa katalońska] ERC i [lewicowa baskijska] Bildu dla PSOE. W takim razie wielka koalicja? Byłoby to równoznaczne z wysłaniem pod ścianę PSOE, które teraz ledwie zdało swój egzamin. Przy takim stanie rzeczy pozostają dwie opcje: kryzys rządowy, który może wybuchnąć gdy tylko poznamy stanowiska poszczególnych partii, albo skomplikowany pakt trzech, lub nawet czterech sił. Przeanalizujmy krótko obie możliwości.

Kryzys rządowy mógłby potoczyć się w ten sposób: żaden z sojuszy nie zdobywa większości. Utrzymuje się tymczasowy rząd kierowany przez poprzedniego premiera, Rajoya. Głowa państwa, to znaczy król – zauważmy, że wciąż ma stare prerogatywy Burbona – postanawia nie interweniować i nie powoływać rządu, co z jego perspektywy byłoby najbardziej pożądane. Ostatecznie proces prowadzi do nowych wyborów. Druga opcja jest zupełnym przeciwieństwem pierwszej, i byłaby pochodną strachu jednych i drugich przed koniecznością kolejnego sprawdzianu przy urnach. W skrajnym, ale wcale nie nieprawdopodobnym przypadku, cztery partie zawierają pakt na rzecz reformy konstytucjonalnej. Cel: zamieść pod dywan kryzys systemu, czy, mówiąc właściwie, zaprogramować Drugą Transformację. Ale nawet w tym ostatnim scenariuszu rozwiązanie byłoby tak niestabilne – i z dużym prawdopodobieństwem tak kiepskie – że w ciągu kilku miesięcy doprowadziłoby do nowych wyborów.

3. Czy rzeczywiście wygrała Partia Ludowa? Bez wątpienia jest zasłużonym zwycięzcą. Premier – plazma od „Hiszpanii na poważnie” i „talerz jest talerzem”[1] zdołał powstrzymać katastrofę i dokończyć kadencję mimo zapisków Barcenasa[2] i największego kryzysu gospodarczego, przez jaki przeszedł kraj od lat 70. To niemałe osiągnięcie. Ale być może to pyrrusowe zwycięstwo. Ludowcy stracili ponad 30% swoich wyborców, a ci, którzy pozostali, wydają się skupieni w Hiszpanii małych i starzejących się miejscowości. W 27 okręgach wyborczych, gdzie wybierano od 1 do 5 deputowanych, i w których żyje zaledwie 20% ludności, PP zdobyło połowę dostępnych mandatów i prawie połowę swoich mandatów – 51.

4. Co dalej z Pedro Sanchezem? Wyjątkowy przywódca czy pierwszy do defenestracji – los sekretarza Partii Socjalistycznej zależy od kruchych układów, które jego partia będzie zdolna przeforsować. PSOE kolejny raz osiąga najniższy wynik w historii demokratycznych wyborów, 90 mandatów. A Pedro Ładny, Pedro w białej koszuli, Pedro umiarkowane alter ego nieodpowiedzialnych polityków Podemos, może stać się premierem Pedro lub Pedro Krótkotrwałym. Od dziś, wiele pytań: jak zabrać się do utworzenia rządu z katalońskimi i baskijskimi nacjonalistami? Gdyby to nie było możliwe, czy zostanie zastąpiony przez Susanę Diaz, kandydatkę socjalistycznej starej gwardii? A jeśli tak się stanie, czy PSOE uda się pozostać partią o zasięgu ogólnokrajowym, czy ograniczy się do bycia partią andaluzyjską? W tej chwili są czwartą siłą w Madrycie i trzecią w Katalonii. Przyszłość jest skomplikowana.

5. Czy Podemos to Podemos? Fioletowa formacja była wielką rewelacją wyborów, 69 deputowanych po nieprawdopodobnym odrabaniu strat, które jednak nie pozwoliło wyprzedzić socjalistów. Ale poprawniej byłoby powiedzieć: Podemos i inni, jako że to sojusznikom Podemos należy przypisać sukces ugrupowania. Bo tam, gdzie Podemos nie startowało samodzielnie, i gdzie skorzystało na legitymacji wychodzącej nie tylko od „fioletowych”, wyniki były znacząco lepsze. 28 deputowanych wybrano z list koalicyjnych: En Marea (Galicja), En Comú-Podem (Katalonia), Compromís-Podemos (Walencja) y Ahora en Común Alto Aragón (Huesca) – szczęśliwa anomalia przy tworzeniu demokratycznej kandydatury, w odpowiedzi na proces współpracy, a nie na pakty na górze. Ostatecznie nieco ponad 20% elektoratu w tych okręgach dało Podemos 40% deputowanych, 8,2% głosów przy 12,6% oddanych na samodzielne listy Podemos. W wyniku tego każda z sojuszniczych formacji będzie miała swoja grupę parlamentarną, solidarną, ale oddzielną od Podemos.

6. Wielki znak zapytania: czy Podemos mogło wygrać te wybory? Wydaje się pewne, że mogło przynajmniej wyprzedzić PSOE. Wystarczy dodać 3,7%  Jedności Ludowej-IU do ponad 20% Podemos i sojuszników, aby osiągnąć wynik 24,3% przy 22% PSOE. I znowu wystarczy porównać wyniki w prowincjach takich jak Barcelona czy A Coruña, gdzie Podemos startowało razem z  samorządowcami, IU i innymi, i zdobyło ponad 26% głosów, z tymi z Madrytu czy Saragossy, gdzie startowało samodzielnie, a wyniki były na poziomie 20%.

7. Pozostaje nam najbardziej enigmatyczne pytanie: dlaczego [líder Ciudadanos Albert] Rivera postanowił popełnić samobójstwo dzień przed zakończeniem kampanii? Dlaczego ogłosił, że poprze rząd PP? Komu przyniosły korzyść takie deklaracje? Przede wszystkim, kto na niego naciskał (a ktoś naciskał), żeby powiedział coś takiego? Na sukces Ciudadanos składa się od początku udana kombinacja pieniędzy (cudzych) i retoryki. Grzebiąc w źródłach pierwszego z nich pewnie moglibyśmy odnaleźć odpowiedź na pytanie o samobójstwo Rivery. Co do drugiego, pomimo tego, że pomarańczowi mają za sobą miesiące gorączkowej nauki, trzeba zauważyć, że ostatecznie nie szli po dobrej drodze. Między niemożliwymi odwołaniami do 15M [ruchu oburzonych] – „jesteśmy zwykłymi ludźmi robiącymi niesamowite rzeczy”, „tak, damy radę!” – a wpadkami związanymi z „przemocą ze względu na płeć”, Rivera przez trzy tygodnie przeszedł od bram niebios i walki o tekę premiera, do medalu z czekolady za czwarte miejsce. Na szczęście duża część głosów straconych w tej katastrofie wróciła do PP, a mniejsza część do PSOE.

8. Czy wygrała demokracja? Jak mówi się po każdych wyborach, demokracja wygrała, znowu, ale tym razem jest to dużo prawdziwsze. Przepływy poparcia, większa rywalizacja, trudne sojusze, a przede wszystkim obywatele i obywatelki, którzy dysponują środkami i własnymi przestrzeniami do dyskusji za pośrednictwem sieci społecznościowych, Internetu i wszystkiego tego, co stworzono po 15M. Bez wątpienia czekają nas intensywne, ciekawe lata.

[1] Hiszpania na poważnie (España en serio) – hasło PP w kampanii wyborczej, Talerz jest talerzem (un plato es un plato) – błyskotliwa wypowiedź Rajoya w telewizyjnym wywiadzie, symbol mętnych rozważań pozbawionych treści.

[2] Luis Barcenas, skarbnik Partii Ludowej, przez lata prowadził sekretnie drugą – nieoficjalną księgowość, rozdysponowując tysiące euro zdobyte przez partię w wyniku nielegalnych działań. Więcej informacji: link.

sobota, 19 grudnia 2015
Entuzjazm, radość, nadzieja

Od kilku tygodni nosiłem się z zamiarem napisania tekstu o tym, dlaczego Podemos nie wygra niedzielnych wyborów parlamentarnych w Hiszpanii. Teraz, gdy zakończyły się już podsumowujące kampanie wiece liderów, zmieniłem jednak zdanie. Napiszę o tym, dlaczego Podemos może te wybory wygrać.

Wygrana partii Pablo Iglesiasa nie jest bardzo prawdopodobna. Według sondaży z blisko 30% poparcia, jakim Podemos cieszyło się pod koniec zeszłego roku, gdy po raz pierwszy partia wysunęła się na prowadzenie w badaniach poparcia, została – w tych bardziej optymistycznych wariantach – połowa. Przewidywany podział mandatów wygląda następująco:


Można spróbować wskazać przyczyny tego spadku poparcia dla Podemos. Niepowodzenie Syrizy w walce z polityką narzucaną przez europejskie instytucje mogło zachwiać wiarą, że to samo zadanie powiedzie się Hiszpanom. Pojawiło się „prawicowe Podemos”, czyli Ciudadanos (Obywatele), którzy z mało znaczącej partii działającej wyłącznie w Katalonii błyskawicznie wkroczyli na scenę polityki ogólnohiszpańskiej, odpowiadając na zapotrzebowanie wyrażone przez tych, w których interesy program Podemos uderza najbardziej. Media wykorzystywały każdą okazję, żeby pokazać, że partia Iglesiasa nie różni się od innych jeśli chodzi o korupcję i finansowe przekręty. Najwyraźniejszym przykładem  jest to, że po ujawnieniu listy osób ukrywających swoje majątki w szwajcarskiej filii banku HSBC – wśród nich czterech tysięcy Hiszpanów, takich jak szef banku Santander Emilio Botin – sprawa nie trafiła na okładki gazet – bo zajął je jeden z założycieli Podemos, Juan Carlos Monedero, i informacja o tym, że zarobił kilkadziesiąt tysięcy euro doradzając rządowi Chaveza w Wenezueli.

Sami liderzy Podemos również nie pozostają bez winy. Krok po kroku realizowali strategię przyjętą w październiku zeszłego roku podczas kongresu w madryckiej hali Vistalegre, na której zadecydowano o formach działania partii i wybrano władze, oraz wytyczono drogę do zwycięstwa w wyborach, które odbędą się 20 grudnia. Z jednej strony wygrana wizji Iglesiasa, zakładającej silne przywództwo i  skupienie na wyborczym celu, w starciu z propozycją większej oddolności i kolektywnego zarządzania przedstawioną przez tzw. frakcję krytyczną w partii, sprawiła, że Podemos utraciło część z „ducha Oburzonych”, jaki towarzyszył im w pierwszej kampanii wyborczej. Partia skupiła się na wykonywaniu kolejnych punktów precyzyjnego planu na pełen starć przy urnach rok 2015– start w wyborach regionalnych pod szyldem Podemos, zakaz startowania pod tym samym szyldem w wyborach lokalnych (żeby się nie zużył, i żeby uniknąć kojarzenia z szemranymi postaciami, których obecności na listach wyborczych trudno byłoby uniknąć partii powstałej kilka miesięcy wcześniej i rosnącej błyskawicznie), bezkompromisowe dążenie do startu jako Podemos w wyborach parlamentarnych (przez co niemożliwa była współpraca z Izquierda Unida, której zależało na wspólnych listach, ale całkowite podporządkowanie się było zbyt dużym wyrzeczeniem dla partii, która stała na czele lewicy od czasów frankizmu aż do zeszłego roku). Dążenie tym dziwniejsze, że jak na razie jedyne wybory, w których sprawdziły się słowa Iglesiasa „powstaliśmy, aby zwyciężyć” to te lokalne, w których w Madrycie i Barcelonie władze przejęły koalicje Podemos, Izquierda Unida oraz ruchów społecznych. Wszystko to pozostawiało wrażenie, że liderzy Podemos bardzo kalkulują, są wręcz cyniczni w swoich działaniach - co także nie przystawało do wizerunku świeżej, oddolnej siły zdolnej zmieść skorumpowanych polityków z zajmowanych przez nich od lat stołków.

Wszystko to nie daje powodu, by postawić na to, że Iglesias będzie nowym premierem Hiszpanii. Politycy i zwolennicy Podemos mówią jednak o remontadzie. Fani ligi hiszpańskiej wiedzą o co chodzi – to taka sytuacja, w której wygrywa się mecz przegrywając 3-0 do przerwy, albo wygrywa ligę mimo straty 11 punktów po rundzie jesiennej. W kilku kolejnych sondażach poparcie dla Podemos rosło, co mogło przywrócić wyborcom wiarę, że warto oddać głos na fioletowych. Co najważniejsze – wierzą w to również sami politycy Podemos.

Być może Podemos nie wygra tych wyborów. Ale ich pojawienie się na scenie politycznej zmieniło jedną, bardzo ważną rzecz. Po prawie 40 latach, kiedy to lewica była w hiszpańskiej polityce tylko tłem dla prawicy i socjaldemokratów, pojawił się ruch, dla którego sukcesem nie będzie 8% głosów, a porażką 3%. Ten scenariusz znamy zresztą także z innych krajów – czy to Die Linke w Niemczech, czy Front Lewicy we Francji. Partie, które tak naprawdę co wybory osiągają identyczne wyniki, dwa procent więcej, dwa procent mniej. I których nikt nie postrzega jako potencjalnych  zwycięzców, od których będzie zależało to, jak będzie się żyło przeciętnemu Niemcowi czy Francuzowi przez cztery kolejne lata.

W hiszpańskim systemie politycznym rola tych, którzy mogą rządzić, była długo zarezerwowana dla liderów Partii Ludowej i PSOE. Iglesias wdarł się tam siłą, niechcący robiąc miejsce również Albertowi Riverze, szefowi Ciudadanos. Podczas kończącego kampanię wiecu w Walencji lider Podemos nie przemawiał jak potencjalny lider czwartej siły w parlamencie; przemawiał jak przyszły premier. Gdy kończył zachęcając do wyobrażenia sobie, że podczas śpiewania wigilijnych kolęd i żartowania z rodziną wyborcy będą mogli pomyśleć „ale im pokazaliśmy” – to nie była formułka, którą recytuje się, gdy udaje się kandydata na premiera, niczym Barbara Nowacka dwa miesiące temu.

Podczas pierwszych wyborów jednym z głównych haseł Podemos było: ¿Cuándo fue la última vez que  votaste con ilusión? Partia Razem zainspirowała się pytając: kiedy ostatni raz głosowałeś z nadzieją? Drobna różnica polega na tym, że ilusión może, obok nadziei, oznaczać także radość, entuzjazm, ale i złudzenie. Ilusión jest też niezbędnym składnikiem politycznego sukcesu lewicy. Jeśli dzisiaj zastanawiamy się, czy Podemos wygra wybory, a nie czy Podemos przekroczy 5% i w ogóle będzie mógł przedstawiać swoją krytykę systemu na forum parlamentu, to dlatego, że Pablo Iglesias i jego ludzie potrafili obudzić w ludziach ilusión – entuzjazm, radość, nadzieję.

Z uznaniem ilusión za receptę na zwycięstwo jest pewien problem. O ile możemy analizować popełniane przez Podemos błędy, porównywać programy i wzorować się na najlepszych rozwiązaniach, wsłuchiwać się w przemówienia i podkradać użyte metafory i porównania, zmienić partyjne barwy na najmodniejszy kolor sezonu i naśladować tych, którym się udało, we wszystkich możliwych aspektach  -  nie możemy „ustawą wzbudzić entuzjazmu”.  Trzy przykłady ruchów, którym się to udało: Podemos, Syriza i lewe skrzydło Partii Pracy w kampanii Jeremy’ego Corbyna, to jednocześnie trzy zupełnie inne historie. Budowa zupełnie nowej partii, choć na przygotowanym przez ruchy społeczne gruncie; koalicja marginalnych ugrupowań, która w warunkach kryzysu krok po kroku zmierza po władzę; oddolna energia w partii-trupie, wyzwolona przez umiarkowanie charyzmatycznego posła zasiadającego w parlamencie od ponad 30 lat. Jakieś wnioski? Łatwiej chyba wskazać jaka polityka nie ma żadnych szans na wywołanie ilusión. Uparte trzymanie się wyblakłych szyldów, konsekwencja w pozostawaniu z boku i pielęgnowaniu różnic, uwikłanie w spory o ideologiczne etykiety zamiast tworzenia wizji lepszej przyszłości. Nie ma określonego zestawu zasad – tym gorszym pomysłem jest kurczowe trzymanie się tych, które zadziałały kilkadziesiąt lat temu, jeśli nie nigdy.

Trzeba podkreślić, że budzenie entuzjazmu nie jest warunkiem stawianym wszystkim politycznym aktorom. Dzisiejsza polityka dzieli się na dwa światy, w których obowiązują dwie prędkości. Poruszający się bardzo powoli główny nurt, przeważnie podzielony między socjaldemokrację i konserwatystów, niezmienny w swojej bezbarwności, tradycyjnie skorumpowany, a mimo tego wymieniający się spokojnie u władzy, choć nie budzi żadnych emocji. I zmieniające się błyskawicznie grono pretendentów do odgrywania głównych ról, takich jak Podemos i Ciudadanos, a trochę wcześniej UPyD (Kto pamięta o UPyD? A to oni mieli skończyć z systemem dwupartyjnym. Dziś zostali niemal zupełnie pochłonięci przez Ciudadanos), gdzie w ciągu kilku miesięcy można z niebytu przejść tuż pod szczyt i z powrotem. Tutaj na zaistnienie są dwa sposoby: obudzić ilusión albo podsycać nienawiść.

Mam nadzieję, że w przypadku Podemos najtrafniejszym tłumaczeniem słowa ilusión nie okaże się „złudzenie” – choć bardzo trudno przewidzieć co stanie się z partią, która na razie nie zna innego sposobu funkcjonowania niż permanentna kampania wyborcza, jeśli czeka ją kilka lat spokojnego odgrywania roli opozycji. Ale oglądanie ostatnich wystąpień Iglesiasa z kampanii przypomniało mi o uczuciu, które towarzyszyło mi przez kilka ostatnich dni przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi w Polsce. Tę nadzieję, tę radość, ten niepokój podczas oczekiwania na wyniki dzieliłem z tysiącami ludzi, myśląc sobie: a więc to tak czuli się ludzie, którzy w maju 2014 szli głosować na Podemos. Teraz przed Razem stoi wyzwanie: wywołać ilusión nie w 3,6, ale w 36, albo i 46 procentach  głosujących. Nie będzie to łatwe, ale na pewno nie przeszkodziłoby, gdyby Podemos przetarło szlak.

czwartek, 20 sierpnia 2015
Pułapka prawdziwej lewicy
W październikowych wyborach parlamentarnych najprawdopodobniej weźmie udział co najmniej jedna Zjednoczona Lewica oraz partia Razem, którą umiarkowanie przychylne media traktują jako jeden z elementów rozsypanej lewicowej układanki. Sami Razemowcy odcinają się od pozostałych uznawanych za lewicowe partii: „Nie rozmawiamy z partiami, które lewicą są tylko z nazwy - z Twoim Ruchem i SLD”.

Całe to zamieszanie związane z chęcią reprezentowania w wyborach „całej lewicy” albo „prawdziwej lewicy” może da się zrozumieć skupiając się na kwestii rywalizacjii poszczególnych organizacji o lepszą pozycję w bitwie o miejsca na listach, czy o jakiekolwiek uzasadnienie swojego istnienia (przypadek Zjednoczonej Lewicy 2. Albo 1, patrząc w kolejności rejestracji w PKW). Z perspektywy partii walczącej o zwycięstwo w wyborach, lub choćby o zbudowanie zalążka przyszłej politycznej potęgi, nie ma to jednak żadnego znaczenia. Pojęcie lewicy stało się bowiem bezużyteczne w zdobywaniu poparcia wyborców.

Krzysztof Wołodźko bardzo ciekawie podsumowuje dziesięć lat, które minęły od ustapienia ostatniego nominalnie lewicowego rządu. Publicysta „Nowego Obywatela” zauważa, że choć spora część społeczeństwa popiera typowe dla lewicy rozwiązania (bardziej progresywne podatki czy zwiększenie zabezpieczeń socjalnych), to nie ma już „ludu” głosującego na lewicę i identyfikującego się z nią. Ani cieszący się stabilnym zatrudnieniem pracownicy fizyczni, ani prekariusze, choć ich interesy próbuje wyrażać lewica, nie czują się przez nią reprezentowani.

Potwierdza się to w deklaracjach Polaków na temat własnych poglądów. W sondażu przeprowadzonym przez TNS OBOP dla Polityki lewicowe poglądy deklaruje 5% osób w wieku 15-24 lat, 7% w grupie wiekowej 25-35, za to 13% ankietowanych powyżej 65 roku życia. W całej grupie badanych za zwolenników lewicy uważa się 9%. Można przypuszczać, że w większości nie mamy do czynienia z osobami, którym zależy na realizacji stuprocentowo lewicowego programu, tylko z ludźmi, dla których „lewica” jest etykietką wyrażającą ich przywiązanie do minionego systemu. Krzysztof Wołodźko przytacza wypowiedź Rafała Chwedoruka, który żartuje, że najbardziej lewicowymi grupami społecznymi są pracownicy MON i MSW. Krótko mówiąc, lewica w tym przypadku nie jest określeniem poglądów, a pozycji społeczno-towarzysko-historycznej.

Takie rozumienie słowa lewica jest zresztą dominujące w mediach. Weźmy choćby artykuł z Tygodnika Powszechnego na temat Jana Tajstera, który mimo licznych ciążących na nim zarzutów został wybrany przez Jacka Majchrowskiego szefem komunikacji miejskiej w Krakowie. Czego dowiadujemy się o Majchrowskim? Tego, że jest „lewicowym prezydentem”. W podobny sposób określa się ludzi takich jak Robert Kwiatkowski czy Włodzimierz Czarzasty – typowych członków elity, którzy z przyczyn towarzysko-historycznych budują swoją pozycję za pomocą aparatów SLD i Twojego Ruchu, a nie PO.

Wygląda na to, że rywalizacja o miano prawdziwej lewicy to rywalizacja o głosy 9% wyborców – z góry skazana na porażkę, bo większość z nich swoją lewicowość wywodzi z poparcia dla jednej konkretnej – skompromitowanej - partii. Co powinna robić prawdziwa lewica w takiej sytuacji?

Można postawić na budowanie lewicowej tożsamości wśród wyborców. To jednak zadanie na lata, tym trudniejsze, im dłużej monopol na lewicowość w parlamencie będą miały „postkomunistyczne złogi”. Łatwiejsze wydaje się odwoływanie nie do ideologicznych samookreśleń, lecz do konkretnych postulatów. Wiemy już, że nawet w tak mocno przechylonym na prawo społeczeństwie jak polskie wiele postulatów lewicy ma całkiem wysokie poparcie. Partia Razem jak dotąd próbuje podkreślać właśnie te propozycje, które mogą wzbudzić powszechny entuzjazm. Ważne jednak, żeby nie dać się zepchnąć w lewicową niszę i walkę z Millerem i Palikotem. Zamiast zapewniać o swojej prawdziwości i wierności ideałom może lepiej odpowiedzieć, że Zjednoczonej Lewicy bliżej do PO niż do Razem, i to tam należałoby szukać potencjalnych koalicji?

Prawica ma zagwarantowane głosy 20% samozadeklarowanych prawicowców, kilka procent wyborców z przyzwyczajenia zagłosuje na SLD. Ideologiczne etykiety nie przyciągną nikogo więcej, mogą za to skutecznie odstraszać. Dla Razem zostaje 1% prawdziwych lewicowców, którzy albo już pomagają budować partię, albo oskarżają ją o bycie marionetką Michnika. Jest też 70% centrowo-niezdecydowanych. Razemowy populizm oparty na danych może być sposobem na zdobycie poparcia i powolną budowę siły politycznej będącej w stanie zmienić kraj na lepsze. Lewicę, mimo sentymentu, należy sobie odpuścić.

15:20, conejo_infernal
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 02 listopada 2014
8 kluczy do zrozumienia "efektu Podemos"

Poniższy tekst to tłumaczenie artykułu Frana Delgado Moralesa, z drobnymi skrótami.




Wydaje się oczywiste że pojawienie się Podemos w partyjnym spektrum okazało się wstrząsem bez precedensu w historii naszej demokracji. Poza pięcioma mandatami zdobytymi w ostatnich wyborach europejskich w maju, wyłonienie się tej nowej formacji politycznej oznacza zmiany w układzie partii politycznych w Hiszpanii, w sposobie rozumienia polityki i roli obywateli w jej wykonywaniu.

Ale co jest kluczowe dla tego wstrząsu? Jak jest możliwy ten wykładniczy wzrost w tak krótkim czasie? Jak oni to zrobili? Dalej wymienię kilka kwestii, które uważam za ważne w ekspansji oraz politycznej i społecznej eksplozji tego masowego zjawiska, jakim stało się Podemos.

Głos rozczarowania. Wydaje się oczywiste że Podemos nie można zrozumieć nie patrząc na sytuację kryzysu gospodarczego, politycznego, społecznego i korupcji, które przeżywa obecnie Hiszpania. Trudno zakwestionować założenie, że gdyby nie te warunki byłoby bardzo trudne, żeby partia o tej charakterystyce była zdolna do zgromadzenia takiej siły i liczby głosów z taką prędkością. Ale dlaczego to Podemos było zdolne skanalizować oburzenie, a nie inne partie polityczne? Rzeczywiście, istniały już partie nazywane poprzecznymi, mieszczące się poza dwupartyjną logiką, którym, pomimo tego że wzrosło ich wyborcze poparcie, daleko do zainteresowania wzbudzonego przez Podemos. Kluczowe jest, że w rozczarowaniu typowym dla czasów kryzysu, kiedy obywatel oddala się od polityki i nie ufa jej zasadom, członkowie Podemos byli zdolni do przekształcenia jej, wspierani przez ruchy społeczne, z których w dużym stopniu się wywodzą, w siłę aktywnego sprzeciwu obywateli. Obywateli którzy domagają się zmian w systemie demokratycznym i nowej formy robienia polityki, dalekiej od jej obecnych właściwości.

Jednakże, pomimo jego znaczenia, myślenie że „efekt Podemos” jest tylko i wyłącznie skutkiem kryzysu i rozczarowania to rezultat uproszczonej, błędnej analizy politycznej, wyborczej i społecznej rzeczywistości Hiszpanii.

Zmiana politycznego kontekstu. Podemos zmieniło ramy w których znajdowała się polityka w Hiszpanii. Ramy to struktury umysłowe, które definiują nasz sposób widzenia świata. W Hiszpanii istniały wspólne ramy dzielone przez dwie duże partie, które rzadko je opuszczały lub docierały do ich granic, gdyż zakładały, że gra, w której chodziło o wymianę władzy między dwiema partiami, była dla nich korzystna. Być może to jeden z decydujących kluczy do zmiany spowodowanej przez Podemos, ruch będący jednocześnie produktem strategii, zaplanowanej we wzorowy sposób.

Podemos potrafiło dostrzec, że obywatele chcą innej formy robienia polityki i zaproponowało scenariusz odpowiedni dla tej nowej sytuacji, poza ramami partyjnymi, ideologicznymi i dyskursywnymi. Opisali nową grę, w której istnieją my i oni. Podemos zmieniło reguły na takie, w których oni (przyzwyczajeni do gry na starych zasadach i w określony sposób) podążają za nami (którzy od początku gramy na naszych zasadach). Przejęło polityczną inicjatywę, a to określa dyskurs i debatę która później się wytwarza. Mówią nam o nowej polityce określając swój sposób działania w kontrze do tego co stare, reprezentowane przez nich.

W tej nowej polityce tradycyjne schematy już się nie sprawdzają, a stare ideologiczne podziały przestają mieć znaczenie. Dlatego Podemos określa się jako „ani lewica, ani prawica”, podobnie jak robią UPyD czy Ciudadanos. Jednak te partie, mówiąc że nie są ani lewicą ani prawicą, mówią tak naprawdę, że uznają za słuszne część postulatów lewicy i część prawicy, uznając tym samym tradycyjny podział ideologiczny. Podemos, przeciwnie, proponuje nowe umiejscowienie na mapie ideologii. Przyznają, że nie są ani z lewicy, ani z prawicy, ale nie stosują lewicowych i prawicowych rozwiązań w różnych dziedzinach, lecz są czymś innym, dodając jako czynnik wyróżniający ich pozycję to, że ich propozycje wynikają ze zdrowego rozsądku. Nie ma mowy o lewicy czy prawicy, lecz o tym co rozsądne. Jeśli to, co proponuję, jest rozsądne, twoja propozycja taka nie jest. [...]

Za każdym razem gdy ktoś z Podemos używa terminu „kasta”, jednego z ich sztandarowych pojęć, tworzą przestrzeń, którą sami definiują, i w której nie odnajdują się wielkie partie, krążące teraz po miejscach do których wcześniej się nie zapuszczały. Co więcej, zmuszone do ciągłego zaprzeczania tym nowym założeniom - w tym przypadku, że „nie są kastą” - przyjmują ramy narzucone przez Podemos. Według idei Lakoffa z „Nie myśl o słoniu”, ciągłe zaprzeczanie że należy się do kasty sprawia, że ludzie jeszcze bardziej w to wierzą. Tradycyjne partie, zmuszone do zmiany kroku, zostały wybite z rytmu i tańczą, jak im Podemos zagra.

Tworzenie marki. Gdy już powstał nowy krajobraz ideologiczny i dyskursywny, Podemos potrafiło połączyć jego najatrakcyjniejsze elementy z ideą Partii. I tak, gdy myślimy o Podemos, myślimy o nowej polityce, kręgach i partycypacji, sprawiedliwości, walce przeciwko kaście i korupcji, rzeczywistej alternatywie, zdrowym rozsądku, młodości, nadziei... i długim „i tak dalej” pojęć które stworzono wokół marki Podemos, które sprawiają, że jej wartość wciąż rośnie. Szczególnie ciekawy jest użytek który z niej robią i to, jak potrafili ze słabości uczynić atut na polu wyborczym. Chodzi mi o niebranie udziału w wyborach lokalnych. Aby zachować markę Podemos na czas wyborów parlamentarnych, które są ich rzeczywistym celem (uniknąć dołączenia karierowiczów, ale też spektakularnej porażki która rozwiałaby rosnące nadzieje) mówią o udziale w wyborach w ramach platform obywatelskich [xD – przyp. tłum.], w ten sposób, że jeśli wygrają te inicjatywy wygra Podemos, ale w przypadku porażki Podemos nie uczestniczyło w wyborach, a nadzieja pozostanie nienaruszona do starcia na poziomie krajowym. Co więcej, w swoim przekazie twierdzą, że działają w ten sposób ponieważ właśnie tak wyglądają nowe sposoby robienia polityki – błyskotliwa strategia, pokazująca także obywatelom że istnieją inne możliwości działania na poli wyborczym niż znane od zawsze, co znów zostawia na marginesie istniejące partie polityczne.

Edukacja polityczna. Jedną ze strategii, które wyróżniają Podemos spośród innych partii jest prowadzenie politycznej edukacji. Obecne partie nawet nie myślą o jej prowadzeniu, choć o tym mówią, ponieważ w ich sposobie robienia polityki ważne jest nie istnienie aktywnych, świadomych obywateli, lecz tylko kolejnej grupy biernych wyborców. Dla Podemos aktywna rola obywatela jest kluczowa w ich strategii. W obliczu potrzeby okazali się zdolni do objaśniania złożonych problemów w sposób prosty, upraszczając rzeczywistość tak, by była zrozumiała dla każdego, niezależnie od pozycji kulturowej czy socjoekonomicznej. To upraszczanie nie umniejsza wartości ich analiz i postulatów. Przeciwnie - ich przekaz jest nie tylko zrozumiały dla każdego, lecz również objaśniający. Mówi się, że członkowie Podemos „są najlepsi w obrazowaniu politycznej, społecznej i ekonomicznej rzeczywistości Hiszpanii”, do czego należy dodać, że są tymi, którzy potrafili najlepiej ją objaśnić. Ta edukacja jest kierowana w dwie strony: z jednej strony, przekaz ma docierać do jak największej liczby osób w formie jasnej i zrozumiałej, co jest konieczne, aby odbiorcy przyjęli go za swój; z drugiej, usiłuje włączać obywateli w aktywną działalność polityczną, ponieważ obywatel poinformowany, rozumiejący otaczającą rzeczywistość, jest obywatelem aktywnym i zaangażowanym.

Nowa rola obywatela. Pisałem w poprzednim punkcie, że aby przekaz dotarł do odbiorcy najważniejsze jest dobrze go wyjaśnić. Ten warunek jest niezbędny, żeby nowa rola jaką przypisuje się obywatelowi była możliwa. Dotychczas zadaniem przypisywanym obywatelom było głosowanie co cztery lata i zapomnienie o polityce. Podemos idzie dalej. Chce, żeby obywatel nabrał świadomości i stał się centrum działania politycznego, przestał być biernym przedmiotem, za to aktywnie brał udział w nowej polityce którą proponują. Trzeba przestać obchodzić się z obywatelem jak z dzieckiem i traktować go jak dorosłego, mówili wielokrotnie. […] Chodzi o wzmocnienie pozycji obywateli.

Komunikacja. Wszystko wymienione do tej pory jest bardzo fajne, ale nie przyda się na nic bez dobrej strategii komunikacyjnej. A to udaje się Podemos znakomicie. Potrafili wykorzystać elementy systemu żeby dotrzeć ze swoim przekazem do jak największej liczby ludzi. Który środek przekazu jest najbardziej masowy? Telewizja. Eduardo Galeano pisał, że „nic się nie dzieje, jeśli telewizja tego nie pokazuje”, tak więc pierwszym celem jest dotarcie do programów o największej oglądalności i przekazywanie stamtąd swojej argumentacji. Korzystając z oczywistych zdolności komunikacyjnych, charyzmy, telegeniczności i ogromnej popularności Pablo Iglesiasa, Podemos było zdolne zrobić sobie miejsce w głównych programach telewizyjnych, których teraz członkowie partii są nieodzownymi gośćmi.

Należy podkreślić również wykorzystanie sieci społecznościowych. Coraz to więcej partii i polityków używa sieci społecznościowych jako narzędzia codziennej aktywności politycznej, ale Podemos robi to w sposób stały i według własnego modelu. Kiedy przedstawiciele tradycyjnych partii używają tych sieci wyłącznie by promować to, co robią, w formie propagandowej i jednostronnej, Podemos wprowadziło zasadę 2.0. - interakcji i zbierania feedbacku od obywateli. Nie chodzi tylko o głoszenie swojego przekazu, przeciwnie, chodzi o dyskutowanie i, przede wszystkim, wysłuchiwanie obywateli. Ta strategia była realizowana w sposób naturalny i bez skrępowania, ponieważ członkowie Podemos funkcjonowali w sieciach społecznościowych zanim osiągnęli status politycznych przedstawicieli. […] W profilach kandydatów w wyborach europejskich na Twitterze widzimy jak rosła ich aktywność w czasie kampanii by, gdy ta się skończyła, spaść drastycznie lub zupełnie zaniknąć. Nie jest tak w przypadku członków Podemos, którzy wykorzystują cały potencjał sieci społecznościowych po prostu przez to, że są ich częścią.

Na końcu trzeba podkreślić używanie przez Podemos innych narzędzi Demokracji 2.0. pogłębiających partycypację obywatelską, jak strona internetowa z systemem do głosowania, Plaza Podemos – oficjalne miejsce partyjnych debat oraz narzędzia służące przejrzystości i rozliczalności, jak publikowanie rachunków wpływów i wydatków.

Ekipa. Jest zrozumiałe, że cała ta struktura nie utrzymałaby się gdyby nie było odpowiednich osób mogących doprowadzić to wszystko do skutku. W tym sensie, podział zadań i działalność głównych przedstawicieli Podemos były doskonale zaplanowane. Nie można zapominać, że mowa o politologach, profesorach uniwersytetów, którzy są specjalistami od nauk społecznych, i że nic wokół Podemos nie dzieje się przypadkiem. Z jednej strony medialny lider, charyzmatyczny, z sympatyczną twarzą i sposobem mówienia (Pablo Iglesias); za nim ideolog, wizjoner, mózg tego projektu, wielka osobowość, robiący czasami za złego policjanta (Juan Carlos Monedero); wspierani przez stratega komunikacji i działań wyborczych o sympatycznej powierzchowności (Iñigo Errejón), a ta trójca jest przecież otoczona wspaniałymi aktorami drugoplanowymi. Wszystko to z pominięciem politycznej wartości frakcji „dysydentów” Pabla Echenique i Teresy Rodriguez. Trudno byłoby znaleźć obecnie zespół osób o ich poziomie intelektualnym i politycznym w którejkolwiek z formacji systemu partyjnego Hiszpanii. Wystarczy pomyśleć o 5 politykach z pierwszej linii PP, PSOE czy IU i porównać.

Nadzieja. Pierwszy raz zdaje się być rzeczywista alternatywa wobec tego, co ustalone. Zakłada się, że nic nie może być gorsze od tego, co jest obecnie. Ludzie są zmęczeni skorumpowanymi politykami, czarnymi kartami Bankii*, zwolnieniami grupowymi, ułaskawieniami dla kolegów w ramach sprawiedliwości na zawołanie dla możnych, cięciami w usługach publicznych, kasami B partii**, kontami bogaczy w Szwajcarii, eksmisjami na bruk przez banki... i tym, że zawsze płacą ci sami: lud. Ze swojej natury potrzebujemy w coś wierzyć. Podemos udało się, w sytuacji powszechnego rozczarowania, przedstawić projekt, który budzi nadzieje u ludzi. Obywatele nie chcą dalej tego samego. Wobec tego Podemos oferuje nieodparty urok możliwości zmiany. Potrzebujemy nowości w swoim życiu i Podemos proponuje coś nowego w hiszpańskiej polityce, innego i wyjątkowego.

I, jak widać, nie ma co do tego wątpliwości.


*Przedstawiciele władz oraz doradcy Bankii i Caja Madrid - dwóch instytucji finansowych uratowanych podczas kryzysu przez publiczne pieniądze - dysponowały „czarnymi kartami” kredytowymi, którymi płacili za imprezy i różne luksusowe produkty i usługi. Więcej informacji: http://www.theguardian.com/business/2014/oct/09/former-caja-directors-accused-credit-card-misuse-bankia

**Partia Ludowa (PP) prowadziła nieoficjalną kasę z której pokrywała część wydatków na kampanie wyborcze, a środki wpływały do niej m.in. z wpłat osób których firmy dostawały różnego typu publiczne zlecenia.



"Sympatyczną twarz i sposób mówienia" Iglesiasa można zobaczyć i posłuchać np. tu

środa, 28 maja 2014
Hiszpanie Mogą

W wyborach do Parlamentu Europejskiego w Hiszpanii wszystkich zaskoczyła i zdobyła 5 mandatów powstała zaledwie kilka miesięcy temu partia lewicowa.

Partia Podemos (Możemy) została zaprezentowana 17 stycznia, a zarejestrowana w marcu tego roku. Jej twarzą stał się Pablo Iglesias, doktor nauk politycznych, który zdobył popularność prowadząc telewizyjne debaty z udziałem polityków. To jego nazwisko było główną siłą Podemos, co z jednej strony było wykorzystywane w kampanii, a z drugiej powodowało krytykę tych, którym nie podobał się model partii politycznej skupionej wokół rozpoznawalnego lidera - w pewnym momencie logo partii na materiałach wyborczych zostało zastąpione twarzą jej lidera. Iglesias tłumaczy, że wykorzystywanie jego rozpoznawalności było konieczne, aby zaistnieć w wyborach, ale zapowiada, że po sukcesie 25 maja pojawią się inne twarze partii.

Celem Podemos od początku było zorganizowanie wspólnej listy wyborczej różnych sił lewicowych, wybieranej w otwartych prawyborach. Propozycja była kierowana głównie do największej siły politycznej na lewo od hiszpańskich socjaldemokratów, czyli do Zjednoczonej Lewicy (Izquierda Unida). Ta silnie zbiurokratyzowana partia odmówiła jednak współpracy, tłumacząc m.in. że jej lista już jest listą gromadzącą różne siły polityczne - znaleźli się na niej bowiem m.in. katalońscy Zieloni.

Interesującą kwestią jest rola jaką w powstaniu Podemos odegrała Lewica Antykapitalistyczna (Izquierda Anticapitalista). Ta radykalna partia związana z jedną z trockistowskich międzynarodówek startowała regularnie w wyborach, lecz osiągała wyniki na poziomie ułamków procenta. Grupa ta od początku zaangażowała się w działania Podemos, co przyczyniło się do oskarżeń, że powstanie Podemos i wezwanie do otwartych prawyborów to próba wykorzystania struktur Zjednoczonej Lewicy przez radykałów. Jeśli tak było, to była to próba skuteczna - aktywistka antykapitalistów zdobyła mandat - choć plan nie do końca się powiódł.

Mimo niepowodzenia w tworzeniu wspólnej listy lewicy, Podemos zorganizowało prawybory, w których mogła wziąć udział każda osoba wskazana przez "okręgi" w których, trochę na wzór Oburzonych, organizują się cłonkowie ruchu. Okręgi mogą mieć charakter lokalny lub tematyczny - istnieją okręgi dzielnicowe, ale też np. okręg bezrobotnych, emerytów czy feministyczny. Są to struktury dość otwarte, jedynymi warunkami są przejrzystość działania i zakaz postaw seksistowskich, homofobicznych i autorytarnych, a sposoby organizowania pracy nie są narzucane.

W prawyborach wzięło udział 150 kandydatów. Zwyciężył, bez niespodzianki, Iglesias. Kolejne miejsca zajęły głównie osoby zaangażowane w ruch Oburzonych i wywodzące się z niego kampanie, jak np. kolorowe fale (mareas), ruchy domagające się powstrzymania cięć w edukacji, służbie zdrowia czy walczące z eksmisjami.

Wszyscy kandydaci zobowiązali się, że w przypadku wybrania ich na eurodeputowanych będą pobierać wynagrodzenie jedynie w wysokości trzykrotności minimalnej pensji w Hiszpanii (1935 euro), a resztę przysługujących im pensji przeznaczać będa na rzecz Podemos lub innych ruchów realizujących podobne cele. W podpisanym przez nich "dekalogu kandydata" oświadczają także, że podróże związane z wykonywaniem europoselskich obowiązków będą odbywać w klasie turystycznej.


Ostatecznie Podemos zdobyło ponad milion głosów (7,8%) i pięć mandatów. Wśród źródeł tego sukcesu, oprócz popularności lidera, wymienia się "przełożenie postulatów z języka lewicy na język zdrowego rozsądku", przyjęcie części ze sposobów działania (oraz licznych aktywistów i aktywistek) Oburzonych oraz skuteczną promocję w mediach społecznościowych. Skuteczna kampania to również zasługa Íñigo Errejóna, młodego naukowca, który był doradcą przy wielu kampaniach wyborczych w Ameryce Łacińskiej.

Sukces Podemos wywołał rozmaite reakcje: Zjednoczona Lewica rozważa podjęcie współpracy (według sondaży ich koalicja mogłaby rządzić w 12 z dużych miast Hiszpanii), prawica oskarża ich o antysystemowość i chęć obalenia demokratycznego porządku. Co ważne, wyborcy Podemos nie odeszli od Zjednoczonej Lewicy (ta poprawiła swój wynik wyborczy z 6 do 10%), ale najprawdopodobniej od socjaldemokratycznego PSOE. Wynik partii lewicowych w tych wyborach to pierwsze od lat poważne zagrożenie dla utrzymującego się od transformacji ustrojowej systemu dwupartyjnego.

Lola Sánchez, do niedawna bezrobotna, teraz jedna z nowowybranych eurodeputowanych, tak opisała Podemos: "jesteśmy normalnymi ludźmi, którzy robią niesamowite rzeczy". Skład parlamentarnej reprezentacji wydaje się to potwierdzać - wybrani, oprócz Iglesiasa, zostali: nauczycielka, były prokurator zajmujący się ściganiem korupcji, bezrobotna absolwentka nauk politycznych i niepełnosprawny naukowiec.

Warto obserwować sytuację polityczną w Hiszpanii. Współpraca Podemos i Zjednoczonej Lewicy mogłaby skutkować stworzeniem siły, która podobnie jak Syriza w Grecji walczyłaby nie o jakąkolwiek reprezentację w parlamencie, ale o władzę. Obie hiszpańskie partie zapowiedziały zresztą, że dołączą do grupy GUE/NGL w Parlamencie Europejskim, której twarzą stał się ostatnio przewodniczący Syrizy, Alexis Tsipras. W momencie, w którym w Polsce i w wielu innych krajach rośnie w siłę prawica, warto spoglądać w stronę Hiszpanii i Grecji i poszukiwać sposobów na to, aby i tutaj lewica zaczęła odgrywać większą rolę.

sobota, 17 maja 2014
Naklejki, bezdomni i wschodzące potęgi

Tygodnie przed rozpoczęciem wielkich sportowych imprez to najlepszy czas dla firmy Panini. To włoskie przedsiębiorstwo od 1970 roku wydaje albumy do zbierania naklejek ze zdjęciami piłkarzy występujących w mistrzostwach świata. W tym roku zyski powinny być szczególnie duże - jak podaje BBC Brasil, to w tym kraju jest najwięcej kolekcjonerów - około 8 milionów - a tamtejszy oddział firmy codziennie produkuje 40 milionów naklejek.

Wśród postaci na naklejkach znajdziemy oczywiście Cristiano Ronaldo, Neymara, Messiego, ale też panią Marię, pana Jose, panią Lucię i pana Severina. O ile pierwszych trzech pewnie większość z nas kojarzy, to pozostałych wypada przedstawić.


Pani Maria ma 70 lat, jest wdową, pracowała na licznych budowach mieszkań, ale nigdy nie udało jej się wprowadzić do żadnego z nich. W drużynie będzie walczyć o swoje miejsce pod słońcem, ale też o miejsce w cieniu - w cieniu własnego dachu.

Pan Jose, przyzwyczajony do dryblowania między przeszkodami i obrońcami na ulicy, w swojej pracy ulicznego handlarza, jest gotowy na podjęcie wyzwania. W wieku 57 lat pracować i utrzymywać rodzinę nie jest, ani nigdy nie było, łatwo. Prasie powiedział, że nie ma zamiaru opuszczać miejsca, które teraz zajmuje.

Pan Severino jest 61-letnim napastnikiem, a pani Lucia wieczną rezerwową, choć to już jej czwarty mundial. Ich zdjęć nie znajdziemy wśród naklejek kupionych w kiosku - są bohaterami fotoreportażu Flávio Freire z grupy Fotógrafos Ativistas, który wykorzystał popularność naklejek z piłkarzami aby przedstawić w ten sposób twarze i historie ludzi, którzy przy okazji mundialu nie zarobią milionów, za to stracili prawie wszystko.

Maria, Jose, Cidineia, Ivanilda nie będa walczyć o Puchar Świata. Walczą o prawo do mieszkania, wraz z tysiącami innych osób tworząc "Puchar Ludu" (Copa do Povo). Pod tą nazwą kryje się obozowisko namiotowe, zamieszkiwane przez cztery tysiące rodzin, które w wyniku wzrostu cen nieruchomości i wysokości czynszów straciły dach nad głową. Obóz znajduje się w Sao Paulo, trzy kilometry od nowego stadionu, wybudowanego specjalnie na mistrzostwa. Zorganizowany został przez Ruch Pracowników Bez Domów, bojową organizację walczącą o prawo do mieszkania i sprzeciwiającą się spekulacjom na rynku nieruchomości.

To tylko jeden z przykładów protestów Brzylijczyków związanych z mistrzostwami świata. Rok temu, podczas Pucharu Konfederacji, dziesiątki tysięcy ludzi wyszły na ulice, a pretekstem były podwyżki cen biletów komunikacji publicznej. Teraz także trwają protesty, choć na mniejszą skalę - 15 maja był ogłoszony dniem moblilizacji przeciw mundialowi, a jedną z głównych sił protestów byli bezdomni robotnicy. Trwa również walka przeciw łamaniu praw człowieka przez służby bezpieczeństwa, w którą zaangażowała się Amnesty International. Powodów jest wiele - oprócz problemów mieszkaniowych to ogromne wydatki na sportową infrastrukturę (4 mld dolarów zamiast planowanego 1,1 mld), korupcja, policyjna przemoc, słaby dostęp do usług pubicznych.

Oczywiście nie wszyscy Brazylijczycy sprzeciwiają się organizacji mundialu. Według danych z kwietnia, 48% popierało goszczenie mistrzostw przez Brazylię (wobec 79% w 2008), 44% było przeciw. 55% ankietowanych Brazylijczyków uznawało, że impreza przyniesie więcej strat niż korzyści.

Były prezydent Brazylii i chyba największy zwolennik mundialu, Lula da Silva, odwołuje się do powszechnej w Brazylii miłości do piłki nożnej, mówi, że w młodości chciał być piłkarzem, a nie prezydentem. Apeluje o porzucenie kompleksów i broni decyzji o zorganizowaniu imprezy, twierdząc, że Brazylia, po latach rozwoju i wyjściu 36 milionów ludzi z nędzy jest krajem, który jest w stanie podjąć to wyzwanie, a ci, który mówią że to rzecz tylko dla bogatych, kierują się elitarystycznymi uprzedzeniami.

Nie ma wątpliwości, że organizowanie dużych sportowych imprez jest uznawane za krok niezbędny do potwierdzenia silnej pozycji międzynarodowej. Z grupy BRICS, mającej stanowić przeciwwagę dla amerykańskiej dominacji, tylko Indie nie organizowały w ostatnich latach mistrzostw świata w piłce nożnej lub igrzysk olimpijskich (ale to raczej nie dziwi, biorąc pod uwagę ich miejsce w rankingu FIFA i medalowych klasyfikacjach kolejnych olimpiad).

Nie sposób jednak nie zadać sobie pytania: czy Chiny, Rosja i Afryka Południowa są wzorcami do naśladowania jeśli chodzi o poziom życia, zmniejszanie nierówności, przestrzeganie praw człowieka? Wygląda na to, że pokazywanie światu swojej potęgi silnie łączy się z pokazywaniem lokalnym społecznościom, że ich sytuacja nie ma zbyt dużego znaczenia.

Model organizacji imprez sportowych, w którym goszczące kraje ponoszą wszystkie koszty, a zyski trafiają do FIFA, MKOl i międzynarodowych korporacji wydaje się wyczerpywać. Piłkarskie mistrzostwa organizują nie kraje demokratyczne, ale te, które mogą pozwolić sobie na wydanie ogromnych pieniędzy i jednoczesne lekceważenie sprzeciwu (za cztery lata Rosja, następnie Katar). W rywalizacji o przygarnięcie zimowych igrzysk w 2022 obok Krakowa biorą już udział tylko Pekin i kazachskie Ałmaty (co też mówi wiele na temat ambicji polskich polityków i ich wizji rozwoju kraju).

Pytanie, które musimy sobie zadać brzmi: czy jest możliwe organizowanie wielkich sportowych wydarzeń w taki sposób, żeby nie rujnować budżetów państw, nie przesiedlać przymusowo ludzi, nie łamać praw człowieka, nie wykorzystywać niewolniczej pracy przy budowie stadionów i nie służyć jako okazja do propagandy niedemokratycznym reżimom? Nie - przynajmniej tak długo, jak długo o wszystkim decydować będą skorumpowane instytucje idące ramię w ramię z największymi korporacjami.

piątek, 21 września 2012
Katalonia: nie będzie paktu fiskalnego, co dalej?
Demonstracja zwolenników niepodległości Katalonii, która miała miejsce 10 dni temu, była, zgodnie z przewidywaniami, dużym sukcesem - zgromadziła między 600 tys. a 1,5 miliona osób. Ze strony polityków padały różne deklaracje, ale tak naprawdę wszyscy czekali na rezultaty spotkania szefa rządu wspólnoty autonomicznej Katalonii, Artura Masa, z premierem Hiszpanii Mariano Rajoyem.

Wczoraj politycy rozmawiali na temat paktu fiskalnego dla Katalonii, która miałaby, podobnie jak Kraj Basków, cieszyć się większą niezależnością w dziedzinie finansów, m.in. utworzyć własny urząd skarbowy zamiast odprowadzać podatki do budżetu centralnego. Rozmowa chyba nie była zbyt ciekawa, skoro jedynym komunikatem wydanym przez kancelarię premiera było: "to niezgodne z konstytucją".

Nieważne, że logicznym wnioskiem z takiego postawienia sprawy jest to, że Kraj Basków od dawna funkcjonuje poza ramami hiszpańskiej konstytucji. Ważniejsze, że choć niechęć do jakiegokolwiek poszerzenia katalońskiej autonomii ze strony Partii Ludowej nie jest niespodzianką, to wydaje się być bardzo krótkowzroczna. Presja ze strony katalońskiego społeczeństwa, co widzieliśmy 11 września, jest duża. Rządząca w Katalonii CiU, choć jeszcze kilka dni temu nie popierała niepodległości regionu, przy sprzeciwie Madrytu wobec paktu fiskalnego zapowiada poszukiwanie innych rozwiązań - podobno partia pytała Komisję Europejską o możliwość pozostania przy walucie euro w razie odłączenia się od Hiszpanii. Rozważa się przyspieszone wybory, w których kwestia relacji z Hiszpanią byłaby zapewne kluczowa. Odrzucenie paktu fiskalnego to prosta droga do radykalizacji żądań społeczeństwa Katalonii, które widząc, że ustępstwa ze strony rządu w obecnej sytuacji są niemożliwe, będzie tym mocniej żądać niepodległości. Apele króla Juana Carlosa o jedność w sytuacji kryzysu raczej nie spotkają się ze zrozumieniem.

Emocje związane z katalońsko-hiszpańskim konfliktem zachęciły do zabrania głosu także mało sympatyczne postaci. Minister spraw zagranicznych Jose Manuel Garcia Margallo grozi, że korzystając z prawa weta Hiszpania nigdy nie dopuści niepodległej Katalonii do Unii Europejskiej. Odezwały się również upiory z przeszłości w postaci najwyraźniej tęskniących za czasami gdy odgrywali znaczniejszą rolę wojskowych. "Telegraph" cytuje pułkownika Francisco Alamana, który porównuje obecny kryzys do sytuacji z 1936, kiedy to wybuchła wojna domowa. "Niepodległość dla Katalonii? Po moim trupie. Hiszpania to nie Jugosławia czy Belgia. Nawet gdy lew śpi, nie drażnij lwa, bo pokaże srogość udowodnioną w minionych wiekach" - mówi. Jeden z emerytowanych generałów twierdzi, że słowa te dobrze oddają panujące w armii nastroje.

Nie przejmując się zapowiedziami wojskowych, Katalońskie Zgromadzenie Narodowe - organizator manifestacji z 11 września - chce dalej realizować swój plan działania prowadzący do niepodległości. Plan przedstawiony w marcu tego roku zakładał przeprowadzanie konsultacji w sprawie niepodległości w tak wielu miejscowościach, jak to możliwe. Przyspieszenie związane z ostatnimi wydarzeniami przyniosło inną propozycję - referendum, które miałoby odbyć się 11 września 2014 - dokładnie 300 lat po utraceniu przez Katalonię resztek niezależnej państwowości. Gdyby rząd hiszpański nie zgodził się na takie rozwiązanie, jedynym wyjściem jakie widzi Zgromadzenie jest jednostronne ogłoszenie niepodległości.

Tak poszerzenie autonomii jak i pełna niepodległość to rozwiązania, których wprowadzenie wymaga czasu. Problemy finansowe Katalonii, najbardziej zadłużonej z hiszpańskich wspólnot autonomicznych, to kwestia do rozwiązania teraz - inaczej władze będą posuwać się do kolejnych cięć wydatków na cele społeczne. Wydaje się, że sytuacja - już napięta - nie będzie się uspokajać. Możemy spodziewać się dalszych protestów oraz przyspieszonych wyborów - nie wiadomo tylko, czy przyniesie to jakąś rzeczywistą zmianę.


Więcej informacji na temat odrzucenia paktu fiskalnego przez Rajoya:
http://www.guardian.co.uk/world/2012/sep/20/spanish-pm-rejects-catalan-tax-powers
http://www.telegraph.co.uk/finance/financialcrisis/9556803/Spain-risks-break-up-as-Mariano-Rajoy-stirs-Catalan-fury.html
poniedziałek, 10 września 2012
Katalonia: czas na niepodległość?

W sklepach nie można dostać katalońskich flag, za to jedna - ale ogromna - zawisła w Parku Guell, w miejscu, gdzie każdy turysta odwiedzający Barcelonę robi sobie pamiątkowe zdjęcie. Zapowiedziano przyjazd tysiąca autokarów i czterech pociągów. Deklaracje udziału w demonstracji składają przedstawiciele kolejnych partii politycznych. Tak wygląda sytuacja w Katalonii na dzień przed 11 września - świętem narodowym, w tym roku odbywającym się przy bardzo napiętej sytuacji politycznej.

W ubiegłych latach manifestacje z okazji Diady były organizowane głównie przez organizacje niepodległościowe, przeważnie lewicowe. Były liczne, ale nie przekraczały liczby kilkunastu tysięcy uczestników. W tym roku marsz, pod hasłem "Katalonia - nowe państwo Europy" organizuje Assemblea Nacional Catalana (Katalońskie Zgromadzenie Narodowe) - organizacja założona w 2011 roku, mająca zrzeszać przedstawicieli różnych środowisk dążących do niepodległości Katalonii. Zapowiadana demonstracja ma być nie tylko największa w historii obchodów 11 września, ale również najważniejsza, jak twierdzi przewodnicząca ANC, Carme Forcadell.

Polityczne tło dla debaty na temat niepodległości stanowi oczywiście kryzys gospodarczy. Katalońskie władze wprowadzają drastyczne cięcia w wydatkach na cele społeczne oraz apelują do rządu centralnego o pomoc finansową. Większość partii jest zgodna, że walka z deficytem budżetowym byłaby dużo łatwiejsza, gdyby nie to, że Katalonia przekazuje znaczne sumy do budżetu centralnego, a otrzymuje z niego mniej, niż pozostałe regiony. Według rządzących polityków prawicowej partii CiU receptą na kryzys jest pakt fiskalny - zakładający między innymi utworzenie niezależnego urzędu podatkowego i ograniczający sumy przekazywane do budżetu centralnego. Propozycja paktu została przyjęta przez kataloński parlament głosami CiU, Esquerry oraz ICV-EUiA (Zieloni i Zjednoczona Lewica) - wymaga jednak akceptacji Kortezów, co przy rządach Partii Ludowej sprzeciwiającej się niezależności regionów, jest właściwie niemożliwe.

Radykalna lewica niepodległościowa odrzuca wszelkie propozycje układów z rządem hiszpańskim jako oddalające od głównego celu - niepodległości. Jej przedstawiciele zamierzają uczestniczyć w masowej demonstracji, ale godzinę wcześniej zamanifestują - jak co roku - pod hasłem "niepodległość i socjalizm".


Cięcia - ani socjalne, ani narodowe - transparent na manifestacji w 2011

Dość ciekawie wyglądają zabiegi partii prawicowych - katalońskiej CiU i hiszpańskiej Partii Ludowej. Przedstawiciele CiU, rządzącej obecnie wspólnotą Katalonii, deklarują udział w demonstracji na rzecz niepodległości podkreślając, że nie popierają odłączenia Katalonii od Hiszpanii, a jedynie chcą stanąć w obronie paktu fiskalnego. Biorąc pod uwagę, że wśród uczestników większość stanowić będzie lewica, a CiU odpowiada za drastyczne cięcia wydatków na edukację czy zdrowie - atmosfera może być napięta. Organizatorzy demonstracji apelują o jedność, ale jednocześnie pytają lidera CiU, Josepa Antoniego Durana Lleidę, czy jego obecność rzeczywiście jest wskazana skoro nie popiera głównego postulatu marszu.

Politycy Partii Ludowej (na szczęście) nie zamierzają brać udziału w niepodległościowej demonstracji, ale planują uczestniczyć w oficjalnych obchodach święta. Uroczystości, organizowane przez władze regionu mają skupiać się na obronie różnorodności językowej - to temat niewygodny dla Partii Ludowej, która proponuje między innymi wycofanie katalońskiego jako głównego języka w szkołach.

Katalońscy politycy prezentują obecnie pełen wachlarz poglądów na temat relacji z Hiszpanią - od pełnej niepodległości, przez poszerzanie autonomii, do wykluczenia jakichkolwiek ustępstw w dziedzinie jedności państwa hiszpańskiego. Polityka gospodarcza rządu w Madrycie - doprowadziła do zbliżenia dwóch pierwszych grup. Brak ustępstw ze strony rządu Rajoya może doprowadzić albo do dalszego przesuwania się katalońskiej prawicy w stronę poparcia dla niepodległości, albo do przeniesienia głosów wyborców na te partie, które domagają się uniezależnienia Katalonii od Hiszpanii.

Uczestnicy i uczestniczki wtorkowego marszu szykują zielone kartki które mają symbolizować odpowiedź na pięć pytań zadanych przez organizatorów: Czy chcemy wykorzystać prawo do samostanowienia? Czy chcemy niepodległości naszego kraju? Czy chcemy katalońskiej flagi w ONZ? Czy chcemy żeby nasi polityczni reprezentanci zobowiązali się do rozpoczęcia procesu odłączenia od Hiszpanii? Czy zobowiązujemy się do pracy na rzecz zbudowania państwa wolnego, niepodległego i rozwijającego się?

Ci, którzy jutro wyjdą na ulice, na pewno odpowiedzą: pięć razy tak! W całym katalońskim społeczeństwie głosy są raczej podzielone: sondaże wskazują, że w ewentualnym referendum głosy za i przeciw niepodległości rozłożyłyby się niemal po równo. Nie zmienia to jednak faktu, że kwestia niepodległości z politycznego marginesu przeszła do centrum debaty publicznej. Tego już nie da się cofnąć - a możliwe, że jutro wykonany zostanie kolejny krok naprzód.



poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Wolność dla Assange'a czy wolność informacji?

W dyskusji na temat Juliana Assange'a przeciwnicy i zwolennicy działań twórcy Wikileaks przyjmują dość oczywiste stanowiska: pierwsi podkreślają, że założyciel Wikileaks nie jest ścigany za ujawnianie rządowych tajemnic, lecz podejrzany o przestępstwa seksualne, a Ekwador, który udzielił mu azylu, nie jest wzorem do naśladowania jeśli chodzi o wolność prasy; drudzy oburzają się na samą myśl o jakichkolwiek represjach wobec Assange'a i boją się spisku mającego doprowadzić do skazania go w Stanach Zjednoczonych.

Mario Vargas Llosa - znany ze swych liberalnych poglądów, ale daleki od bezwarunkowego poparcia jakiejkolwiek opcji - nazywa zwolenników Wikileaks "tymi którzy nie mogą się pogodzić z tym, że liberalna demokracja, której Stany Zjednoczone są głównym obrońcą, wygrała zimną wojnę i to nie komunizm radziecki czy maoistowski był zwycięzcą". W swoim tekście "Julian Assange na balkonie" opublikowanym na stronie hiszpańskiego dziennika "El País" przedstawia kilka uzasadnionych zarzutów wobec Assange'a - ale uwagi na takim poziomie zniechęcają do dalszego czytania. Jeszcze bardziej żenująco, co akurat nie dziwi, wypada dziennikarz "Gazety Wyborczej" zestawiający Assange'a z Wojciechem Cejrowskim, który swego czasu "groził" wyjazdem na stałe do Ekwadoru gdyż w Polsce czuł się prześladowany przez "lewaków".

Jeśli przeciwnicy Assange'a używają argumentów tego typu, naturalnym odruchem jest stanąć po drugiej stronie i bronić prawa założyciela Wikileaks do uzyskania azylu w Ekwadorze. Pytanie: czy dla popierającego całkowitą wolność mediów Assange'a współpraca z prezydentem Ekwadoru nie oznacza porzucenia ideałów nie jest jednak wcale nieuzasadnione.

Co zarzuca się Rafaelowi Correi? Zamykanie opozycyjnych wobec władz gazet, stacji radiowych i telewizyjnych. Usprawiedliwieniem są zawsze kwestie techniczne bądź zaległości w opłatach za udzielenie koncesji. Dziennikarze i organizacje pozarządowe uważają jednak, że to tylko preteksty. Reporterzy bez Granic przytaczają przykład stacji radiowej El Dorado, którą zamknięto za opóźnienia w płatnościach sięgające... 57 euro.

Zamknięto również jedną z regionalnych, państwowych stacji telewizyjnych. Jak podaje "El Pa
ís", jej szef, Marcelino Chumpi, twierdzi, że odebranie prawa do nadawania wiąże się ze sprzeciwem dziennikarzy stacji wobec rządowych planów budowy kopalni w regionie. Częste w regionie wytłumaczenie, że media podporządkowane są amerykańskim interesom i dlatego ich działalność jest utrudniana, nie ma tu zastosowania. Represje wymierzone są w rdzennych mieszkańców Ekwadoru - ci sami, którzy kilka lat temu przyczynili się do objęcia władzy przez Rafaela Correę.

W tych sprawach ekwadorskie władze przenoszą odpowiedzialność na instytucje nadające koncesje na nadawanie, gdyż są one teoretycznie niezależne i nikt nie ma wpływu na ich decyzje. Najgłośniejszy przypadek związany z wolnością mediów w Ekwadorze to jednak proces wytoczony gazecie "El Universo" przez samego prezydenta. W jednym z artykułów został oskarżony o wydanie rozkazu ostrzelania szpitala podczas próby zamachu stanu w 2010. Sąd uznał to za pomówienie i skazał troje dziennikarzy gazety na 3 lata więzienia i 29 mln euro grzywny. Ten wyrok wywołał oburzenie ze strony organizacji dziennikarzy i innych środowisk. Presja wywarta na Correi spowodowała, że poprosił o niewykonywanie kary. Sam wyrok i ogromna kara nałożona na ekwadorski dziennik zostały jednak uznane za zastraszanie opozycyjnych wobec władz mediów.

Ciekawe, że podobnie jak obecnie Julian Assange w ambasadzie Ekwadoru, tak Carlos Perez - dyrektor "El Universo" - w czasie swojego procesu schronił się w ambasadzie Panamy, w którym to kraju uzyskał azyl. Panamy, która - jak większość krajów regionu- również ma swoje problemy z wolnością prasy.

Wydaje się, że w całym tym sporze najważniejsze są krótkotrwałe polityczne sojusze i prywatne sprawy. Wikileaks ujawniło mnóstwo materiałów dotyczących amerykańskiej polityki zagranicznej - i dobrze. Ale czy słuszne jest podejście "wróg mojego wroga jest moim przyjacielem"? Czy idea Wikileaks nie powinna zakładać nieufnego podejścia do każdej władzy? I wreszcie - czy możemy zapominać o zarzutach jakie stawia się Assange'owi w Szwecji? Szwecji, w której standardy demokratyczne są dużo wyższe niż w Ekwadorze i Stanach Zjednoczonych? Strach przed trafieniem przed amerykański wymiar "sprawiedliwości" jest uzasadniony, co pokazuje sytuacja Bradleya Manninga. Jednak czy po odrzuceniu przez Szwecję możliwości wydania Assange'a Amerykanom nie lepiej byłoby odpowiedzieć na zarzuty niż ukrywać się w ekwadorskiej ambasadzie?

Warto zapytać: czy całe to zamieszanie nie służy bardziej interesom Assange'a niż sprawie o którą walczy? Można się obawiać, że idea transparentności i wolności informacji zaginęła gdzieś tam, gdzie Assange stał się ważniejszy od samego Wikileaks.

20:48, conejo_infernal
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5