viva la ilusión
piątek, 18 maja 2012
Rysunkowe rewolucje - od "Solidarności" do Che Guevary

Większość fanów Manu Chao zapewne kojarzy charakterystyczne rysunki z okładek ostatnich płyt tego artysty oraz animacje z klipów do utworów takich jak “Rainin' in Paradize” czy “Petite blonde du boulevard Brune”. Część pewnie wie, że ich autor nazywa się Jacek Woźniak i, jak wskazuje nazwisko, pochodzi z Polski. Kim jest Woźniak i jak znalazł się we Francji, gdzie rozpoczął swoją kilkuletnią już współpracę z Manu Chao?

Woźniak urodził się 9 października 1954 w Krakowie. Wychowywał się w Rzeszowie, gdzie jego ojciec pracował jako dziennikarz, pisząc również książki, o tak interesujących tytułach jak “Kronika rzeszowskiego eksportu budownictwa”. Tam również zaczął tworzyć, przy wsparciu przyjaciela rodziny, Zygmunta Czyża. Studiował na ASP w Krakowie.

Od 1977, gdy zakończył studia, Woźniak rozpoczął współpracę z pismami “Polityka”, “Szpilki” i “Prometej”. Jego rysunki regularnie wracały z cenzorską pieczątką: „odrzucone”. Po latach rysownik przyznawał, że wpłynęło to na jego sposób rysowania. Im więcej masz problemów, tym więcej powinieneś wymyślić. Kiedy robiłem rysunek polityczny, nie rysowałem polityków – za to groziły dwa lata więzienia. Dlatego musiałem iść naokoło żeby stworzyć rysunek na tematy społeczne. Jeszcze dziś rysuję w ten sposób. Zawdzięczam swój styl cenzurze!

W 1980 zaangażował się w działania “Solidarności”. Był członkiem zespołu redakcyjnego „Biuletynu Informacyjnego” „Solidarności” Regionu Rzeszowskiego oraz pisma “Z dołu”. Tworzył również pismo satyryczne “Wryj”, także powiązane z “Solidarnością”. Jak podaje “Encyklopedia Solidarności” prześmiewcza i agresywna satyra polityczna uprawiana na łamach pisma była w owym czasie zjawiskiem unikatowym i spotkała się z entuzjastycznym odbiorem. Gdy Woźniak mieszkał już we Francji, jego współpracownik z pisma “Le Canard enchaîné” pisał: stara krakowska legenda mówi, że generał Jaruzelski nosił ciemne okulary po to, aby nie widzieć rysunków Woźniaka.

Prace Woźniaka z lat 1980-81 można było oglądać w 2009 roku na wystawie zorganizowanej przez rzeszowski oddział IPN. Wiele z nich można zobaczyć na zdjęciach z tej wystawy.

Rysowanie dla solidarnościowych pism nie skończyło się tylko na grze w kotka i myszkę z cenzurą (Kiedy rysowałem Breżniewa, podpisywałem „Der Spiegel”. Cenzor nie mógł sprawdzić czy rysunek rzeczywiście pochodził ze „Spiegla” - to pismo było nieosiągalne w Polsce). W czasie stanu wojennego Jacek Woźniak został internowany na trzy miesiące. Wypuszczono go pod warunkiem wyjazdu z kraju. W czerwcu 1982 wyjechał z rodziną do Francji, gdzie otrzymał azyl polityczny. Tam szybko zaczął rysować dla różnych pism. Przełomowym momentem było rozpoczęcie stałej współpracy z satyrycznym tygodnikiem “Le Canard enchaîné”. Rysował także dla “Le Monde”, “Le Monde diplomatique”, “Le Nouvel Observateur” oraz tworzył plakaty dla Rady Europy. Po tym jak w “Le Monde” ukazał się rysunek Woźniaka na temat Manu Chao, ojciec muzyka, dziennikarz Ramon Chao, przedstawił sobie obu panów. To początek współpracy, która przyniesie mnóstwo wspólnych przedsięwzięć.

Manu poprosił polskiego rysownika o przygotowanie rysunków na jego stronę internetową. Kolejnym pomysłem była książka z rysunkami Woźniaka i tekstami Manu Chao. Teksty jednak zmieniły się w piosenki, a całe wydawnictwo w płytę z książką – najpierw 6 piosenek i 48 stron, a w wersji końcowej – sto stron więcej i aż 21 utworów. (cała płyta i część ilustracji do ściągnięcia ze strony Manu Chao). Kolejny projekt był już typowo artystyczny – pod szyldem ManWoz artyści stworzyli liczne prace, których wystawy odbyły się między innymi w Barcelonie i Perpignan.


W 2009 artyści razem uczestniczyli w koncercie upamiętniającym Che Guevarę. Podczas koncertu Manu przy uniwersytecie w Hawanie, Woźniak wraz z młodymi kubańskimi artystami tworzył murale przedstawiające Che. Dobrze, że miało to miejsce już po tym, jak IPN przypominał prace rysownika, bo wieści o upamiętnianiu „komucha” Guevary mogłyby zniechęcić historyków do poświęcania mu wystawy ;) Woźniak, podobnie jak Manu, jest zaangażowanym politycznie artystą - co oczywiście widać w jego rysunkach, ale także takich pracach, jak film na temat protokołu z Kioto.

Ostatnią pracą Woźniaka, znów poświęconą Manu, jest książka „Manu & Chao – il y a la mer la-bas au loin”. Typowe dla wspólnych dzieł Manu i Jacka Woźniaka – dużo zdjęć, dużo rysunków, dużo urywków tekstu i dużo chaosu, z polskim akcentem – mottem jest cytat z Czesława Miłosza ("Który skrzywdziłeś...).

Jacek Woźniak współpracuje także z innymi artystami, jak Ramon Lopez, Akli D, Archie Shepp. Jest współautorem wielu książek, w tym „Cuba miracles” (z Ramonem Chao) oraz „Chopin”.


Wiele z prac rysownika można zobaczyć na jego stronie internetowej: http://wozniak.unblog.fr/.

00:23, conejo_infernal
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 marca 2012
Interes Polski, intres Millera
Leszek Miller nie znajduje się w szczególnie komfortowej sytuacji. Doniesienia o postawieniu zarzutów w sprawie więzień CIA na terenie Polski Zbigniewowi Siemiątkowskiemu, oraz o zebraniu dowodów wystarczających do postawienia byłego premiera przed Trybunałem Stanu musiały wytrącić go z równowagi.

Jeszcze niedawno Miller pytany o wojnę w Iraku czy więzienia CIA potrafił z pełnym spokojem sugerować że pytający jest miłośnikiem rządów Saddama Husajna. Taktyka Millera się nie zmieniła – wciąż rzuca oskarżeniami o sprzyjanie terroryzmowi gdzie popadnie. Robi to jednak w coraz bardziej rozpaczliwy sposób.

Cytując za portalem onet.pl: “To, że w Sejmie są ludzie, którzy stoją po stronie morderców mnie dziwi. Jestem tym zawstydzony”. I więcej: “Tu gra się interesem obywateli. Polscy żołnierze po takich publikacjach są bardziej narażeni na utratę życia, podobnie z polskimi turystami.”

Zadziwiające poczucie wstydu. Nie jest powodem do wstydu zaangażowanie kraju w wojnę w której życie straciły tysiące cywilów (oraz kilkudziesięciu żołnierzy o których bezpieczeństwo martwi się rzekomo Miller). Nie jest powodem do wstydu obrażanie każdego, komu zależy na wyjaśnieniu sprawy tajnych więzień. Wstydzić trzeba się właśnie za nich – za dziennikarzy próbujących poznać prawdę, mimo powszechnej politycznej zgody co do tego, że tematu więzień CIA nie powinno się poruszać. Za tych nielicznych polityków, jak Józef Pinior, którzy swoją pozycje wykorzystywali do wyciągania informacji na światło dzienne, a nie do ich ukrywania. Wreszcie za wszystkich tych niemądrych, idealistycznie patrzących na świat, którzy od początku, wbrew interesom Polski oczywiście, sprzeciwiali się napastniczej wojnie w Iraku i zaangażowaniu w “zwalczanie terroryzmu” pod flagą USA.

Tak chciałby widzieć rzeczywistość Leszek Miller. A prawda jest taka, że jeśli Polska jest zagrożona atakiem terrorystycznym (w co wątpię) – to głównie z jego winy. Potencjalni terroryści nie dowiedzą się o “interwencji” w Iraku z polskiej prasy. Doskonale o niej wiedzą i pewnie wiedzą również, kto podejmował wówczas kluczowe decyzje.

Milczenie na temat więzień CIA – oraz odpowiedzialności za obecność polskich wojsk w Iraku, nad czym tak szeroko się nie dyskutuje, a do czego można spokojnie zastosować słowa “zbrodnie wojenne” - nie leży w interesie Polski. W interesie Polski leży ustalenie prawdy i ukaranie winnych, bo interes Polski to nie to samo co interes Leszka Millera. Niech Miller skończy w celi, jak na to zasługuje – interesom naszego kraju to w ogóle nie zaszkodzi.

http://www.facebook.com/leszekmiller/
sobota, 25 lutego 2012
Tusk założył SLD, czyli czym się różni Palikot

BREAKING NEWS: - Tusk założył Ruch Palikota – twierdzą działacze Ruchu którzy przejrzeli na oczy i postanowili zmienić partię na prawdziwie lewicowe beztuskowe SLD.

Konferencja prasowa SLD z udziałem byłych już działaczy Ruchu Palikota przyniosła wiele smakowitych wypowiedzi. Rzecznik prasowy SLD, Dariusz Joński:

Wielokrotnie mówiliśmy o tym, że Janusz Palikot i jego ruch nie jest partią lewicową, a ostatnie dni i tygodnie pokazują, że bliżej mu do PO - partii liberalnej niż lewicowej.

Znamy już kontekst przedstawienia, czas zaprosić aktorów: na początek Mariusz Grzegorczyk i jego wypowiedź przytaczana na stronie dziennik.pl:

„Mariusz Grzegorczyk podkreślił, że wszyscy oni zostali "porwani przez ideę", którą Janusz Palikot zaprezentował podczas kongresu założycielskiego swego ruchu 2 października 2010 roku.

[…] Dziś wiemy, że partia Ruch Palikota nie powstała w Sali Kongresowej, dzisiaj wiemy, że została ona zainicjowana w gabinecie premiera Donalda Tuska

Skąd wiemy? Nie, nie dostaniemy nagrań z gabinetu Tuska. Wystarczy przeczytać książkę „Ja Palikot”! Tam ma być opisany „mechanizm” stojący za powstaniem Ruchu. Nie wiem – książki nie czytałem. Wiem jednak, że została ona wydana w marcu 2010 – ponad pół roku przed kongresem na którym Palikot „porywał swoją ideą”. Niektórzy najwyraźniej czytają dość wolno – albo po prostu potrzebują czasu na zrozumienie przeczytanego tekstu.

Grzegorczyk „ocenił jednocześnie, że dziś jedyną prawdziwą lewicą jest SLD, dlatego też postanowił wstąpić do Sojuszu”. Tego chyba nikt poza Dariuszem Jońskim nie będzie w stanie zrozumieć.

Kolejną działaczką zmieniającą partię jest pani Urszula Starzyk. Twierdzi, że „w Palikocie podobało jej się menedżerskie podejście do polityki. Postanowiłam budować nowoczesną Polskę tak samo jak Janusz Palikot (...). Dziś mogę powiedzieć: nie chcę być w prywatnej partii. Chciałam być w ruchu obywatelskim, który buduje nową jakość życia”

Momencik, spójrzmy na nazwę... Ruch Palikota? Żadnej wskazówki dotyczącej „prywatyzacji” partii? Naprawdę, nic? No ale nic to – w końcu polityczny menedżer za sprawne menedżerowanie powinien mieć prawo do promocji swojego nazwiska. A ruch obywatelski - założony przez znanego polityka, firmowany jego nazwiskiem, kierowany po menedżersku? Przecież wszyscy wiedzą że „nie może być samych menedżerów”. Kimś trzeba zarządzać, więc „ruch społeczny” też jest potrzebny.

Sensacyjne transfery do SLD mogą budzić co najwyżej uśmiech politowania. Powody decyzji o zmianie politycznych barw, jakie podają działacze, są śmieszne. Równie śmieszne jak te, które wymieniały osoby związane z SLD gdy decydowały się kandydować z list Ruchu Palikota. Jedyna różnica to fakt, że do RP trafiały również znane politycznie postaci, jak Robert Biedroń czy Sławomir Kopyciński.

Te transfery i argumenty mające je uzasadniać pokazują jedno. Różnice między Ruchem Palikota a SLD nie są ideowe, nie dotyczą programu, nie mają nic wspólnego z działaniami jakie podejmują obie partie. To kwestie interesów i interesików, zawiedzionych nadziei na stanowiska we władzach czy przedwyborczych kalkulacji. Działania SLD wydają się być nawet bardziej żałosne niż te Palikota, co wskazuje na desperackie ratowanie się przed całkowitym upadkiem. Ale również manewry Palikota, polegające na przejmowaniu tylu polityków SLD ilu się da – czy to w samorządach, czy w Sejmie – nie dodają tej partii wiarygodności. Szkoda tylko, że SLD zrezygnowało ze wspólnych obchodów Święta Pracy z Ruchem Palikota – bo zlewanie się parlamentarnej „lewicy” w jedno mogłoby ułatwić orientowanie się na politycznej scenie.

Na koniec – Palikot opowiada o książce „Duch Równości”. Wśród Młodych Socjalistów dyskutowaliśmy o niej i staraliśmy się ją promować już ponad 2 lata temu. „Gazeta Wyborcza” pisała o niej przed kilkoma miesiącami. Palikot opowiada o niej dziś – choć program gospodarczy RP miałby skutki odwrotne do postulowanych w książce. Leszek Miller wciąż o niej nie słyszał - a jeśli słyszał, to pewnie wciąż stara się o tym zapomnieć. Czyżby jednak była różnica?

wtorek, 21 lutego 2012
Dzieciaki atakujące (hiszpańską) policję?

Zamieszki w Walencji. Studenci zaatakowali policję. Właściwie nawet nie studenci, tylko zakapturzeni nastoletni zadymiarze. W każdym razie wrogowie. A skoro wróg atakuje, zadaniem policji jest bronić siebie i panującego porządku. Podobnie było przecież po 15 maja. Dlatego użycie pałek i gumowych kul jest jak najbardziej uzasadnione.

Taki obraz wydarzeń w Walencji wyłania się z wypowiedzi szefa tamtejszej policji, pana Antonio Moreno. Co dzieje się naprawdę? Od miesiąca studenci ze szkoły średniej Lluís Vives protestowali przeciw programowi cięć wydatków na edukację. Nic nowego, cięcia wszelkich wydatków i głośne protesty przeciw nim trwają w Hiszpanii od dłuższego czasu. Ale w ubiegłą środę władze powiedziały: dość! Protest został brutalnie przerwany, a jeden z uczestników, siedemnastoletni uczeń, został zatrzymany przez policję i pobity.

Najwyraźniej policjanci z Walencji nie uczą się na błędach swoich i swoich kolegów z innych części kraju. Przecież cały ruch oburzonych urósł w siłę dopiero wtedy, kiedy jego skromny jeszcze zalążek został spacyfikowany przez policję. Co stało się po interwencji policji w Walencji? Niespodzianka... następnego dnia odbyły się dużo liczniejsze demonstracje!

Kolejne dni protestów przynoszą coraz bardziej brutalne reakcje policji. Można zobaczyć to choćby na zdjęciach z “El Pais”. A przecież – jak relacjonują dziennikarze katalońskiej TV3 – nie wybito ani jednej szyby oraz nie widziano ani jednego “zakapturzonego zadymiarza”. Gdyby tak walencjańskich policjantów wysłać przeciw stadionowym chuliganom - oj, działoby się! Ale na razie z braku lepszego przeciwnika pozostaje im się mierzyć z protestującymi nastolatkami.

Do demonstracji włączają się studenci. Już zapowiedziano, że protesty będą trwały co najmniej do ustąpienia ze stanowiska pani Pauli Sánchez de León, delegatki rządu, której przypisuje się odpowiedzialność za ostatnie wydarzenia. Możemy się spodziewać, że te wrogie działania nie pozostaną bez policyjnej reakcji.


A na facebooku pojawiła się informacja, że pewne wydawnictwo chce dostarczyć protestującym broń - w postaci książek oczywiście. Z książek demonstranci mają odczytywać policjantom swoje prawa, dotyczące choćby wolności zgromadzeń i wyrażania poglądów. Tu chyba potrzebne jest jakieś wewnątrzhiszpańskie embargo, bo policja, choć uzbrojona, z tak przygotowanym wrogiem może sobie nie dać rady.
poniedziałek, 14 listopada 2011
Absurdy 11 listopada
Wydarzenia 11 listopada wzbudziły burzę reakcji ze strony mediów i polityków. Nie mogłem uczestniczyć w blokadzie Marszu Niepodległości, ale miałem możliwość śledzenia informacji napływających z Warszawy na bieżąco, tak w mediach jak i w wiadomościach od uczestników. Zdecydowanie wolałbym uczestniczyć w blokadzie niż śledzić to jak była opisywana – bo skala absurdu w relacjach sprawiała, że nie wiadomo było czy to jeszcze zabawne, czy już tragiczne.

Już przed 11 listopada miała miejsce debata na temat tego kto, jak, z kim i gdzie powinien świętować rocznicę odzyskania niepodległości. I już w jej trakcie pojawiły się pierwsze sformułowania, które, choć efektowne, raczej zaciemniały obraz niż go rozjaśniały. W liście intelektualistów “przeciw marszom i blokadom” przeciwstawiono ONR “młodzieży z Leninem w jednej ręce i kamieniem z drugiej”. Pięknie, można się odciąć, potępić i zapomnieć. Tyle tylko, że o ile jedna strona porównania była prawdziwa – ONR był oficjalnym organizatorem Marszu Niepodległości – to druga jest tworem wyobraźni autorów. Bo na pewno nie obrazem uczestników Kolorowej Niepodległej i całego Porozumienia 11 Listopada.

Głównym absurdem medialnych relacji z Kolorowej Niepodległej i Marszu Niepodległości było uparte stawianie znaku równości między “zadymiarzami” z obu stron konfliktu, na co zwrócił uwagę Artur Domosławski. Warszawa była opanowana właśnie przez zadymiarzy, miało miejsce starcie radykałów. Na głównych polskich portalach informacyjnych jedyną informacją na temat tego kto wzniecał zamieszki było wspomnienie o “anarchistach” w kontekście porannych wydarzeń z Nowego Świata. Przemoc uczestników Marszu Niepodległości próbujących sforsować kordon policji przy Placu Konstytucji aby dostać się do Kolorowej Niepodległej, jak również ataki ich grup na blokadę ze strony ulicy Wilczej nie były przypisane żadnej ze stron ani żadnej ideologii, która by ją motywowała. To była po prostu przemoc. Oczywiście pozostawiało to pole do najprostszej interpretacji: starły się dwie siebie warte bojówki, psując narodowe święto. Tyle tylko, że nie ma to nic wspólnego z prawdą.

Absurdem drugim jest demonizowanie udziału w blokadzie niemal legendarnej już “niemieckiej antify”. Grę na antyniemieckich urazach prawicowe media rozkręcały już na kilka dni przed 11listopada. Jak wielka musiała być ich radość gdy pojawiły się informacje o zadymie z udziałem niemieckich antyfaszystów na Nowym Świecie? Tak wielka, że redaktor naczelny Rzeczpospolitej pokusił się aż o obwieszczenie narodzin “militarystycznej lewicy” w Polsce. Tymczasem okazuje się, że zatrzymani antyfaszyści dokonali rzeczywiście ogromnego aktu przemocy – jeden z nich splunął na historyczny mundur członka grupy rekonstrukcyjnej, po czym wywiązała się szarpanina. Czyn mało chwalebny – ale stawianie znaku równości między tym zdarzeniem, a regularną bitwą z policją jaką stoczyli uczestnicy Marszu Niepodległości, to kolejny – ogromny! - absurd.

Od bitwy z policją łatwo przejść do kolejnego absurdu. Zdecydowane odcięcie się od zadymiarzy ze strony organizatorów Marszu Niepodległości. Żale przewodniczącego Młodzieży Wszechpolskiej że “kibole przejęli marsz”. Wreszcie sugestie że winni wszelkiej przemocy są “prowokatorzy”. Marsz Niepodległości od początku opierał się na kibolach. To oni organizowali wyjazdy z różnych miast, to oni wywieszali na meczach transparenty zachęcające do udziału w Marszu. Jeśli ich obecność – i “aktywność” - była dla organizatorów Marszu niespodzianką, to trzeba bardzo nisko ocenić ich zdolności kojarzenia i analizowania faktów. A taka ocena chyba nie byłaby sprawiedliwa, biorąc pod uwagę jak sprawna była ich propaganda mająca na celu “odbruntanić” Marsz Niepodległości.

To niestety każe zastanowić się nad smutnym obliczem 11 listopada 2011. Okazuje się, że obecność ONR i Młodzieży Wszechpolskiej nie przeszkadza tysiącom ludzi którzy wzięli udział w Marszu. Ugrupowania, których nazwy powinny budzić zdecydowaną niechęć – o czym wiedzą, bo inaczej nie ukrywałyby się pod szyldem nieistniejącego stowarzyszenia – tej niechęci już nie budzą. Ich propaganda okazała się w dużej mierze skuteczna. Prawej stronie udało się ukryć swoje prawdziwe oblicze, a nam przypisać wizerunek zupełnie nie mający potwierdzenia w rzeczywistości. Choć to absurdalne, może nieść ze sobą wcale naprawdę poważne konsekwencje.
00:15, conejo_infernal
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 października 2011
Oburzeni przed 15 października

Ruch 15 Maja, zapoczątkowany tego dnia podczas protestów na madryckim placu Puerta del Sol ma już prawie 5 miesięcy. Dokładnie na 15 października wyznaczono kolejny dzień mobilizacji – hiszpańscy Oburzeni wraz z Oburzonymi z całego świata, którzy ich wzorem zaczęli się organizować, będą uczestniczyć w protestach w kilkudziesięciu różnych krajach. Te wydarzenia mogą nadać ruchowi jeszcze większego impetu – gdyż zmierzania ku końcowi na razie nic nie zapowiada. Mimo tego, że media – szczególnie te polskie – nie poświęcają 15M szczególnej uwagi, to ruch pozostaje bardzo aktywny. Warto przyjrzeć się temu, jak Ruch 15 Maja wygląda dziś, i zastanowić się co może stać się z nim po kolejnej wielkiej mobilizacji.

Najbardziej “medialnym” działaniem 15M jest w tej chwili chyba Marsz Oburzonych na Brukselę. To tylko ułamek aktywności ruchu. Uczestniczy w nim kilkadziesiąt, może nieco ponad 100 osób. Tymczasem 15M to tysiące ludzi gotowych do regularnego działania. W ciągu ostatniego miesiąca zorganizowali kilka dużych demonstracji w całym państwie hiszpańskim.

17 września hiszpańscy Oburzeni brali udział w akcjach wymierzonych w światowy system finansowy, zainicjowanych przez pomysłodawców okupacji Wall Street. Ci z kolei inspirowali się między innymi “hiszpańską rewolucją” - jak widać, wzajemne inspiracje jeśli chodzi o sposoby działania prowadzą do ciekawych efektów. Kilkaset osób okupowało giełdy w Madrycie i Barcelonie. Odbywały się warsztaty i dyskusje nad możliwościami stworzenia alternatywnego dla kapitalizmu systemu.

18 i 25 września w Barcelonie miały miejsce duże manifestacje – odpowiednio przeciw cięciom wydatków na usługi publiczne i o prawo do mieszkania. Każda z nich zgromadziła kilka-kilkanaście tysięcy ludzi. Także 3 października odbył się liczny protest – tym razem organizowany błyskawicznie w reakcji na aresztowania członków ruchu. 15M ma możliwości częstego i bardzo licznego mobilizowania dużego grona ludzi. Czy za tymi widowiskowymi, ale nieszczególnie konstruktywnymi wydarzeniami stoi coś jeszcze? Owszem.

Od momentu powstania ruch 15M charakteryzuje się poziomą, maksymalnie demokratyczną strukturą. Wszelkie decyzje były podejmowane w drodze konsensusu, podczas zgromadzeń. Obecnie takie zgromadzenia są już stałym “elementem krajobrazu”. Odbywają się na uczelniach i w dzielnicach. Co jakiś czas odbywają się także zgromadzenia poświęcone konkretnym zagadnieniom czy sposobom działania: jak np. spotkania pracowników, studentów, bezrobotnych.

Zgromadzenia dzielnicowe czy uczelniane nie są tak liczne jak te, które w maju obserwował cały świat. Zbierają po kilkadziesiąt osób. Jednak odbywają się regularnie, w wyznaczonych miejscach. Pozwala to osobom potrzebującym wsparcia – na przykład przy zablokowaniu eksmisji, które są w tej chwili prawdziwą plagą – w łatwy sposób trafić do dużej grupy ludzi, którzy przekażą apel o wsparcie dalej i sami pomogą zorganizować pomoc. Poszczególne dzielnice mają swoje tablice informacyjne, gdzie wywiesza się informacje na temat planowanych wydarzeń. Dużą rolę odgrywa też oczywiście komunikacja za pomocą portali społecznościowych czy list mailingowych. Bywa, że zgromadzenia skupiają się na sobie, zamiast na problemach z którymi należy się mierzyć – problemy organizacyjne przesłaniają ważniejsze sprawy. Jednak bilans ich osiągnięć jest pozytywny – tworzą demokratyczną przestrzeń działania i wymiernie pomagają właśnie w takich wypadkach, jak wspomniane blokady eksmisji. Niedawno w jednej z uboższych dzielnic Barcelony 100 osób przez cały dzień blokowało wyrzucenie na bruk 10 osób z “nielegalnie” zajmowanego budynku – było to możliwe między innymi właśnie dzięki istnieniu dzielnicowych zgromadzeń.

Dzielnicowe “asambleas” działają też na rzecz integracji mieszkańców różnych części miasta. W Barcelonie odbył się niedawno turniej piłkarski w którym uczestniczyły zespoły poszczególnych dzielnic. Każde zgromadzenie mogło wystawić swój punkt informacyjny, przedstawiający prowadzone lokalnie działania i zachęcający do zaangażowania się w działalność ruchu 15M. Przez trwające cały dzień zawody przewinęło się mnóstwo osób, dla których mógł to być jeden z impulsów do rozpoczęcia działania na rzecz swojej dzielnicy czy choćby udziału w manifestacjach.

Oczywiście pojawiają się pytania o wymierne skutki działania Oburzonych. To jeden z najczęściej powtarzanych zarzutów wobec ruchu – że demonstracje nic nie zmieniają, a konieczne jest zaangażowanie się w działalność polityczną (w gorszym tego słowa znaczeniu – upartyjnienie ruchu i działalność w ramach istniejących mechanizmów demokracji przestawicielskiej). Oburzeni odrzucają jednak taką możliwość. Na swoich demonstracjach często krzyczą: “dziś demokracja jest na ulicy”. Odrzucają możliwość startu w wyborach, choć niektóre partie z chęcią przygarnęłyby ich przedstawicieli na listy. Nie chcą współpracować z głównymi związkami zawodowymi, którym zarzucają ugodowość i brak zaangażowania w walkę z cięciami wydatków socjalnych i innymi dotykającymi Hiszpanów problemami. Mimo tego, niektóre z postulatów 15M zdołały przebić się do głównego nurtu debaty publicznej – jak np. kwestia anulowania pozostałości długu osób, które zostały eksmitowane z mieszkań.

Pytania o skuteczność i możliwości dalszego rozwoju ruchu Oburzonych są szczególnie ważne w kontekście kolejnej mobilizacji, planowanej na 15 października. Podczas dyskusji wewnątrz ruchu pojawiają się głosy, że nawet wyjście 200 000 osób na ulice nie musi oznaczać sukcesu – o ile nie pójdą za tym jakieś konkretne działania. A o takie przecież niełatwo w czasie masowych demonstracji.

Sukcesem ruchu 15 maja nie musi być wyłącznie rewolucyjna zmiana systemu politycznego. Jeszcze nie teraz. Na razie głównym zadaniem powinno być rozwijanie tego, co zaczęło funkcjonować i z czasem będzie przynosić coraz bardziej wymierne efekty – zgromadzeń w dzielnicach, na uczelniach i w zakładach pracy. Które będą potrafiły reagować problemy swojego otoczenia, a jednocześnie tworzyć będą – już tworzą – jedną całość, gotową do spektakularnych wystąpień raz na jakiś czas. 15 października powinien być symbolicznym pokazem siły Oburzonych – i zachętą do tego, aby angażować się w działania nie tak widowiskowe – w mniejszej skali, ale regularne, codzienne.

środa, 21 września 2011
18S - mobilizacja przeciw cięciom wydatków socjalnych

18 września był w całej Hiszpanii dniem protestów przeciwko cięciom w wydatkach na edukację i służbę zdrowia. W wielu miastach odbyły się demonstracje, które były również częścią przygotowań do dużej mobilizacji szykowanej na 15 października. Największe manifestacje miały miejsce w Barcelonie i Madrycie.

W Barcelonie przed rozpoczęciem przemarszu przez miasto z Placa Catalunya, odbyły się zbiórki w różnych częściach miasta, których uczestnicy wspólnie przechodzili na plac. Poszczególne marsze miały symbolizować sprzeciw wobec cięć w różnych dziedzinach – zdrowiu, edukacji, sprawiedliwości, ochronie środowiska i innych usługach publicznych. Przez cały dzień padał deszcz i było dość zimno – nie zniechęciło to jednak mieszkańców Barcelony do wyjścia na ulice w celu pokazania swojego sprzeciwu wobec polityki cięć.

Na Placa Urquinaona, gdzie zbierali się chcący szczególnie sprzeciwić się ograniczeniu wydatków na edukację, jeszcze 15 minut przed godziną zbiórki nie było prawie nikogo. Samotnie oczekujący mężczyzna stał oparty o latarnię czytając “Doktrynę Szoku”. Jednak już chwilę później zjawiło się kilkanaście osób w żółtych koszulkach z hasłami żądającymi publicznej edukacji dobrej jakości. Rozpoczęły się przygotowania do rozpoczęcia marszu, choć ilość uczestników wciąż nie była imponująca. Dopiero po dołączeniu licznej grupy oburzonych – imigrantów, z transparentami i bębnami, zaczęło to wyglądać nieźle. Krótki przemarsz na miejsce głównej zbiórki odbył się w około 200 osobowym gronie, z okrzykami “publiczna – tak, prywatna – nie!” i podobnymi.

Po wkroczeniu na Placa de Catalunya, z 200 osób nagle zrobiło się kilka tysięcy (5 wg policji, 25 wg “oburzonych”, według mnie coś pomiędzy). Nadchodzące z różnych stron marsze, a do tego ludzie czekający już na placu – liczba protestujących zaczynała robić wrażenie. Mnóstwo transparentów – z przekreślonymi nożyczkami (symbolem sprzeciwu wobec cięć), wyliczeniami, ile razy możnaby pokryć wydatki na służbę zdrowia kwotą przeznaczoną na ratowanie banków, czy hasłami sprzeciwu wobec likwidacji konkretnych placówek medycznych.

Podczas przemarszu protestujących przez miasto głośno wyrażano zdanie na temat instytucji, których siedziby znajdowały się na trasie. Przy bankach wskazywano na nie krzycząc “winni!”, przy siedzibie związku zawodowego CC.OO. pojawiły się okrzyki, że związkowcy są sprzedajni i uwagi na temat ich nieobecności na demonstracji. Na obecność policji reakcja była jedna - “mniej policji, więcej edukacji”. Śpiewano piosenki, cały przemarsz odbył się w radosnej atmosferze – bez żadnych aktów przemocy, ani ze strony protestujących, ani ze strony policji.

czwartek, 25 sierpnia 2011
To okropne SLD...

czyli kto poznał się na prawdziwym obliczu tej partii, i dlaczego byli to ci, którzy nie dostali obiecanych miejsc na listach wyborczych.

Robert Biedroń, Wanda Nowicka, Barbara Kramarz – te osoby, jak i kilka innych, wypowiadały się w mediach o upadku Sojuszu „Lewicy” Demokratycznej. O tym, jak bezideowa jest to partia, jak bardzo zdominowana przez aparatczyków. O tym, jak wykorzystuje ważne społecznie tematy w kampaniach wyborczych, aby później zapomnieć o nich. O tym, jak szkodliwą dla pracowników politykę prowadzi Sojusz i jak złe jest podpisywanie umowy o współpracy z Business Centre Club – organizacją pracodawców – przez rzekomo lewicową partię.

Z mojego punktu widzenia – osoby, która nie uważa SLD za partię lewicową i podchodzi do tej partii bardzo, bardzo krytycznie – powinno to być pozytywne zjawisko. Po długim czasie prawdziwy obraz SLD pojawia się w mediach, i to nie ze strony „oszołomów” z „radykalnej” lewicy, ale ze strony osób rozpoznawanych, z głównego nurtu działalności społecznej i politycznej.

W mediach pojawiły się między innymi takie wypowiedzi:

Demokratyczna Unia Kobiet: SLD zdradził kobiety wielokrotnie, a własnej tożsamości ideowej już od bardzo długiego czasu nie pamięta. Nie jest więc partią, na której programie można wprowadzać zmiany dotyczące rozwoju społeczeństwa obywatelskiego i demokratycznego ładu politycznego. Wielu z nas ma problem, na kogo głosować. (stąd)

Biedroń: Dziś SLD woli się bratać z Business Centre Club, czyli z bogaczami. Im bliżej jest do ludzi, którzy mają duże pieniądze, a nie do ludzi wykluczonych. To kompletna aberracja lewicy” (dzisiejszy „Duży Format”)

Nowicka: „SLD bierze się do tematów które interesują głównie ludzi o przeszłości postpezetpeerowskiej: jakieś emerytury dla mundurowych i tym podobne. Sojusz nie ma żadnych pomysłów jeśli chodzi o kwestie ekonomiczne czy światopoglądowe. […] Na razie mamy taką pseudolewicę” (ten sam „DF”)

Kramarz: „Programowe zbliżenie SLD i BCC „Gospodarka dla człowieka” to kpina ze wszystkich ludzi pracy i podstawowych wartości lewicowych – sprawiedliwości społecznej, walki z wyzyskiem, równego dostępu do zdobyczy cywilizacyjnych, zrównania praw kobiet i mężczyzn, itd. itd.” (stąd)

Patrząc na te słowa, widzimy trafną, dosadną, ale prawdziwą, diagnozę tego, czym jest SLD. Ale chwileczkę... Wszystkie te osoby (w przypadku DUK szefowa partii), przed napisaniem bądź wypowiedzeniem tych słów, miały być kandydatami SLD w wyborach! Czy SLD „zeszło na psy” w tym krótkim czasie, od kiedy kandydaci dowiedzieli się, że nie dostaną obiecanych miejsc na listach? Chyba nie, te opinie są prawdziwe nie od dziś. Ale sytuacja w jakiej zostały wypowiedziane sprawia, że nie są wiarygodne.

Przyjrzyjmy się dokładniej wywiadowi Roberta Biedronia dla „Dużego Formatu” - wydaje się bowiem, że droga jaką przed wyborami przechodzi ten działacz, jest reprezentatywna dla większej grupy niedoszłych eseldowskich kandydatów. Biedroń krytykuje SLD i Grzegorza Napieralskiego, ale staje przed trudnym zadaniem: jak to połączyć z chęcią kandydowania z list tej partii?

Działacz KPH odpowiada, że to „cena którą trzeba zapłacić za chęć realizowania swoich celów” mimo że „zaciskamy nos, by nie czuć tego fetoru”. Przypomina seksistowskie wypowiedzi Leszka Millera, homofobiczne Anity Błochowiak – ale tłumaczy, że wierzył że da się to zmienić. Teraz jednak głosi opinie bardziej radykalne: „Na zgliszczach tej partii [SLD] trzeba zbudować coś nowego”. „Im niższy wynik SLD, tym lepsza przyszłość lewicy w Polsce”. Kto to mówi? Już nie kandydat SLD, teraz kandydat Ruchu Palikota!

Wróćmy do wypowiedzi o bogaczach z BCC. Osoba, dla której aberracją lewicy jest współpraca z organizacją bogaczy, nie ma problemu ze startem z listy prywatnego cyrku jednego bogacza – zdeklarowanego liberała gospodarczego. Okazuje się, że ładne zdania o lewicowości i ideowości kolejny raz przegrywają z chęcią zdobycia dobrego miejsca na liście wyborczej – już nieważne jakiej.

Takie podejście musi dotknąć tych, którzy uważają, że idee można na chwileczkę odłożyć na bok, a po wygraniu wyborów triumfalnie wrócić do ich głoszenia. Jeśli zamiast tworzyć alternatywę chce się być „alternatywą” wewnątrz zepsutego systemu – łatwiej samemu ulec zepsuciu niż rzeczywiście osiągnąć cel. Droga prawdziwej lewicy to nie droga wyżebranych od SLD mandatów – to droga pamiętania czym jest SLD (ściąga w cytatach powyżej) i tworzenie alternatywy w opozycji do Sojuszu (czy Ruchu Palikota), a nie wewnątrz nich lub we współpracy z nimi.

poniedziałek, 20 czerwca 2011
Prawdziwa Demokracja Teraz - wersja polska

Niedzielne popołudnie, 19 czerwca. Pod pomnikiem Kopernika przy Krakowskim Przedmieściu siedzi w kręgu około 20 osób. Dookoła nich stoi kolejnych kilkadziesiąt. Podają sobie mikrofon i po kolei opowiadają, co im się nie podoba. Co jakiś czas do dyskusji włączają się osoby stojące dotąd z boku. Każdy ma prawo się wypowiedzieć, każda opinia jest mile widziana przez resztę uczestników.



Co to za wydarzenie? 19 czerwca był w całej Europie dniem mobilizacji przeciwko Paktowi dla Euro, zwołanym przez uczestników hiszpańskiego Ruchu 15 Maja. Hiszpański ruch „oburzonych” sprawił, że tysiące ludzi zaczęły spotykać się na głównych placach miast, dyskutować i organizować się – a to wszystko bez udziału partii politycznych czy związków zawodowych. Również w Polsce znaleźli się ludzie chcący pójść śladem Hiszpanów – dlatego zorganizowali się pod hasłem „Prawdziwa Demokracja TERAZ” i zwołali otwartą dyskusję w centrum Warszawy.


Uczestnicy wydarzenia twierdzą, że demokracja to nie tylko wrzucanie kart do urny. Według nich to rządy ludzi – a obecny system nie daje ludziom rzeczywistego wpływu na władzę. Dlatego postanowili się zorganizować – aby poznać swoje problemy, odzyskać przestrzeń publiczną i dyskutować nad sposobami działania.

Pierwsza część spotkania była poświęcona rozmowie na temat: co nas wkurza? Mikrofon był przekazywany każdemu uczestnikowi. Każdy miał 3 minuty na wypowiedź. Poruszano różne problemy, ale część z nich powtarzała się częściej. Był to np. stan edukacji. Krytykowano wprowadzanie opłat za studia, ale także sam kształt systemu oświaty, który nie uczy krytycznego myślenia, a jedynie dostosowywania się do sytuacji. Inną powracającą kwestią była niestabilność życia – konieczność pracy na umowy tymczasowe, brak szans na znalezienie stałego zajęcia i możliwości planowania przyszłości. Jeszcze inną sprawą na którą często zwracano uwagę była rola mediów – według dyskutujących mają one ogromny wpływ na politykę, przyczyniają się do zabetonowania systemu politycznego oraz często manipulują informacjami.

Po dyskusji nastąpiła przerwa na posiłek i krótką część muzyczną. Zagrała samba, a później wykonano przygotowany specjalnie na tę okazję protest song (nagranie tutaj: http://vimeo.com/25342620). Spotkało się to z jeszcze większym zainteresowaniem przechodniów.

Następna część dyskusji miała dotyczyć sposobów działania i rozwijania powstającego ruchu. Została niestety utrudniona przez padający deszcz, ale mimo tego udało się stworzyć kilka pomysłów dalszych działań. Postanowiono także zwoływać regularnie spotkania organizacyjne. Pierwsze z nich odbędzie się już w środę, 22 czerwca, o 18:30, przy ul. Kłopotowskiego 31 – w Wielokulturowym Liceum Humanistycznym. Spotkanie jest otwarte dla wszystkich chcących wziąć udział czy dowiedzieć się czegoś o Prawdziwej Demokracji Teraz.

czwartek, 19 maja 2011
O co chodzi z tą demokracją?

Trwa piąty dzień protestów w Hiszpanii. Zaczęły się pojawiać konkretne postulaty ze strony “ruchu 15 maja” - w odpowiedzi na które politycy jak zwykle przedstawili puste hasła o tym, że “niezadowolenie jest uzasadnione” ale trzeba cierpliwie czekać na zmiany, najlepiej głosując na tych co zawsze.

Początkowo wydawało się, że poza analizami związanymi z wpływem protestów “ruchu 15 maja” na wyniki samorządowych wyborów, politycy nie mają nic do powiedzenia. Później pokazali strach, zakazując (jako rada miasta Madrytu) w środę kolejnej demonstracji – popisując się przy okazji niebywałą inwencją w wyjaśnianiu przyczyn takiej decyzji. Otóż protesty – których celem, jak przy rejestracji wydarzenia podali organizatorzy, było m.in. nawoływanie do oddania odpowiedzialnego głosu w wyborach – miały wpływać na kampanię wyborczą oraz naruszać wolność obywateli przy głosowaniu.

José Manuel Campa, sekretarz stanu w hiszpańskim Ministerstwie Gospodarki i Finansów, raczył podzielić się swoim przesłaniem do protestujących od niedzieli młodych ludzi. Stwierdził że kryzys z którym mierzy się kraj, to rzecz nie do rozwiązania w dzień. Sytuacja gospodarcza młodych ma się poprawić za 10, 20, 30 lat. Tymczasem rząd “tworzy model ekonomiczny bardziej trwałego, długoterminowego wzrostu”. Być może pan minister nie zauważył – protestujący chcą właśnie skończyć z “modelem ekonomicznym” konsekwentnie wprowadzanym od lat. PP i PSOE swój model gospodarczy tworzą naprzemiennie od 1978 roku. Po ponad 30 latach efektem jest kryzys i cięcia wydatków socjalnych. Co czeka Hiszpanów po kolejnych 30?

Piątego dnia protestów wypowiedział się nawet premier Zapatero. Od razu zabłysnął słowami, które mógłby wypowiedzieć chyba każdy premier w Europie. „Trzeba słuchać, trzeba być wrażliwym, ponieważ są powody, dla których wyrażają to niezadowolenie i tę krytykę Musimy się wzmacniać i poprawiać.” Idealna recepta na kryzys, bezrobocie, niestabilność, czyż nie?

Lider Partii Ludowej, Mariano Rajoy, w swojej wypowiedzi właściwie nie wyraża nic innego – poza tym, że chciałby demokratycznie odsunąć od władzy partię Zapatero. A najważniejszym, co może uczestnik demokracji, jest według niego „głos ważny, wolny i przemyślany”. Oczywiście głos oddany pod wpływem postulatów przedstawianych w czasie demonstracji taki nie jest – bo to, jak czytaliśmy wyżej, nieuczciwe wpływanie na „wolność głosowania”. Wpływ na głosy może mieć jedynie kampania wyborcza opłacana za miliony euro.

Posłuchaliśmy przywódców narodu, którzy bohatersko przeprowadzają swój kraj przez trudne czasy kryzysu. Oddajmy głos młodym, leniwym; tym, którzy nie wiedzą że powinni tylko oddać głos na PP albo PSOE, a nie wychodzić na ulice ze swoimi propozycjami. Oto niektóre z postulatów organizacji „Democracia real Ya!”:

-usunięcie przywilejów klasy politycznej, w tym: kontrola absencji na poszczególnych stanowiskach, kary za porzucenie funkcji, ograniczenie liczby stanowisk wolnego mianowania

-przeciw bezrobociu: zatrzymanie podwyższania wieku emerytalnego do momentu ograniczenia bezrobocia wśród młodych; przywrócenie zasiłku dla trwale bezrobotnych; przywileje dla firm o udziale pracowników tymczasowych mniejszym niż 10%

-prawo do mieszkania: przejmowanie przez państwo wybudowanych, niesprzedanych mieszkań i umieszczenie ich na rynku chronionego wynajmu; ułatwienia dla młodych i osób o niskich dochodach przy wynajmie mieszkań

-usługi publiczne wysokiej jakości: niezależna kontrola budżetów i wydatków administracji; zatrudnienie kadry nauczycielskiej w celu zapewnienia odpowiedniej ilości uczniów w salach i podziału na grupy; tani transport publiczny z przywróceniem pociągów, które zostały zastąpione przez AVE (szybkie, ale obrzydliwie drogie pociągi między największymi miastami)

-kontrola instytucji bankowych: zakaz “zastrzyków kapitału” dla banków; podniesienie podatków dla banków proporcjonalne do wydatków społecznych związanych ze spowodowanym przez nie kryzysem; zakaz przenoszenia banków hiszpańskich do rajów podatkowych; regulacja sankcji za spekulacje i złe praktyki bankowe

Do tego cała lista postulatów związanych z demokracją partycypacyjną. Którą zresztą wprowadzają w życie, organizując na miejscach protestów komisje zajmujące się poszczególnymi akceptami działania “obozu Sol” i formułowaniem postulatów, czy przeprowadzając polityczne dsykusje w swoim gronie.

Pytanie: kto lepiej rozumie czym jest demokracja, jest chyba pytaniem retorycznym. Jak mówi hasło z jednego z transparentów: to nie oni są antysystemowi. To system jest przeciwko nim.

Tak wygląda demokracja w działaniu: transmisja na żywo z Puerta del Sol.

23:15, conejo_infernal
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4